Mój bloog to nie tylko własne przeżycia, ale też wspomnienia, przemyślenia dotyczące bieżących spraw. Pragnę, odkrywając przed innymi to, co mnie boli, interesuje, frapuje, zachęcić innych do wymiany poglądów, tudzież doświadczeń w prezentowanych tematach. Mam już bagaż doświadczeń życiowych, a jako świeżo emerytowany nauczyciel między pięćdziesiątką a sześćdziesiątką, czuję sie jeszcze potrzebny. Jestem już dziadkiem, choć na takiego nie wyglądam. Zajmuję się pszczelarzeniem, malowaniem, teatrem, pisaniem oraz działką. Parałem się też pracą samorządową, ale obecnie wyborcy zaproponowali mi czteroletni wypoczynek, dlatego też mam czas dla wszystkich, którym moje towarzystwo będzie miłe.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2010. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2010. Pokaż wszystkie posty

27 grudnia, 2017

Zaproś drugiego człowieka... - 18 grudnia 2010

Z rekolekcji adwentowych

Mówił dzisiaj rekolekcjonista o relacjach międzyludzkich, ze wskazaniem na rodzinę. Jeżeli w rodzinie jest kłótnia , to dobrze, bo to oznacza, że jeszcze komuś na drugiej osobie zależy. Gorzej, gdy w rodzinie jest cicho,gdyż to oznacza, że jesteśmy sobie obojętni.
Zapraszając drugiego człowieka do siebie, do towarzyszenia na resztę życia, trzeba wziąć pod uwagę i to, że ta druga osoba będzie wywierać na mnie wpływ. Także ja muszę ją zaakceptować taką, jaka jest.
Należy we wzajemnych relacjach być tolerancyjnym dla" dziwactw" drugiej osoby: nie ganić męża za jego "konika " na jakimś punkcie i z drugiej strony - również nie dokuczać żonie , że boi się całkiem niegroźnego stworzonka - myszy.
Musimy nauczyć się sobie nawzajem wybaczać. To jest najtrudniejsze, ale możliwe. Wybaczać, to nie oznacza: akceptować zła, jakie miało miejsce, ani udawać, że nic się nie stało. Wybaczać, to znaczy zamknąć pewną kartę i do tego nie wracać. To oznacza: odbudowywać wzajemne relacje, będąc bogatszym o bolesne doświadczenie.
Gdyby Józef nie zaakceptował stanu Maryi, gdyby nie posłuchał Anioła i obrażony , zagniewany oddalił Ją, inaczej potoczyłaby się historia Zbawienia.

Z okazji zbliżających się Świąt Bożego Narodzenia, wszystkim Drogim Przyjaciołom życzę wszelkich łask od Bożej Dzieciny, dużo zdrowia i pomyślności w Nowym Roku




Zaproś drugiego człowieka...
sobota, 18 grudnia 2010 22:46

Czas strachu, łez i nadziei (cz II) XVI - 05 grudnia 2010

XVI.

KŁOPOTY Z  OB.  PR -  3924


         W maju 1983 r.  zaczepił mnie na ulicy  b. członek Zarządu mojej Komisji Związkowej sprzed stanu wojennego, niejaki Majkowski. Był  tak bardzo radykalnym  działaczem „Solidarności”  nauczycielskiej, że musiałem go hamować w jego propozycjach odnośnie działania wobec władz oświatowych. W swojej placówce omalże nie zlikwidował POP (Podstawową Organizację Partyjną), zachęcał do organizowania strajku. Po wprowadzeniu stanu wojennego straciłem go z pola widzenia.
    Już po wyjściu na wolność dowiedziałem się od nauczycieli, jego kolegów z pracy, że po 13 grudnia kajał się przed POP i prosił o wybaczenie „ swoich błędów”, że publicznie potępił „Solidarność”. Kiedyś, gdy go spotkałem w  mieście,  zauważyłem, że stara się uniknąć rozmowy ze mną. Widziałem również kilka razy z okna  mojego mieszkania, jak wchodził do sąsiedniego bloku.  Wkrótce też dowiedziałem się, że odwiedza mieszkającego tam swojego syna, funkcjonariusza SB.  Wtedy zrozumiałem jego wcześniejsze zachowanie. Po prostu, przez cały okres działalności związkowej tatuś „wypełniał zalecenia” synka.
     - Panie Tomaszu, niech pan uważa – powiedział Majkowski, nie podając nawet ręki na przywitanie. Jego wzrok błądził gdzieś daleko poza moją osobą. – Szczerze panu mówię, niech pan lepiej uważa .
   - Dziękuję, ale nie mam powodów do niepokoju – odrzekłem nieco zaskoczony tą jego nagłą troską, lecz Majkowskiego już nie było. Pozostałem na ulicy z mnóstwem nie zadanych pytań. Co skłoniło Majkowskiego do tego ostrzeżenia? Czy wynikało ono z autentycznej troski wywołanej pobudzonym sumieniem? A może wykonał nowe polecenie syna, a ktoś inny teraz  obserwuje moją reakcję, licząc, że wpadnę w panikę i zacznę odwiedzać „kontakty”, by podzielić się tym ostrzeżeniem? Postanowiłem zachowywać się normalnie, jakby nigdy nic się nie stało. Wszedłem więc do Domu Towarowego, poczyniłem zakupy i spokojnie wróciłem do domu. Nie wiedziałem jednak, że koło mnie „zbierały się ciemne chmury”, a zatem, to ostrzeżenie było  jednak szczere.
    Z dokumentów IPN:

     Przemyśl, dnia 2. V. 83.  Tajne Spec  Znaczenia   

 Naczelnik Wydziału III  KW MO w Przemyślu

 Wydział V KW MO Przemyśl sprawdza kartą -15  Ob. Petry Tomasz ,s. Tadeusza, ur.3.XI 1950 r., który jest rejestrowany przez Was pod nr PR-3924 (Horbanko). W związku z tym proszę o poinformowanie w terminie 7 dni jaką odpowiedź mamy przesłać jednostce sprawdzającej.
 Powód zapytania: przed rozpracowaniem
                                                                        (podpis zaczerniony) 
………………………………………………………………………………………………….

Przemyśl, dnia 17.Vi.893

Do Naczelnika  Wydz. III  KW MO w  Przemyślu

Uprzejmie  proszę o przyspieszenie załatwienie naszego pisma z dnia 2.V. 83
L.dz.BH00 559/83  dot: Petry Tomasz (PR-3924)
…………………………………………………………………………………………………..

Przemyśl, dnia 06.07.1983 r. TAJNE SPEC. znaczenia

   Naczelnik Wydziału „C” Komendy Wojewódzkiej MO w Przemyślu

     W odpowiedzi na pismo z dnia 2.05.1983 r. l. dz. BH-00559/83 dot. Ob. PETRY Tomasza s. Tadeusza, ur.3.11.1950 r. informuję, ze jednostce sprawdzającej należy  dać odpowiedź: „Pozostaje w zainteresowaniu Wydziału III KWMO w Przemyślu.
 Wszelkie przedsięwzięcia uzgadniać.
…………………………………………………………………………………………………..

Krosno, dnia 8.11.1983 r.
„TAJNE SPEC.ZNACZENIA”
    Z-CA SZEFA DS. SŁUŻBY BEZPIECZEŃSTWA REJONOWEGO URZĘDU SPRAW WEWNĘTRZNYCH w Jarosławiu

     W zainteresowaniu operacyjnym tut. Wydziału pozostaje …………… - były działacz „S”. Z uzyskanych informacji wynika iż utrzymuje on kontakty z Tomkiem z Jarosławia, nr telefonu 6292.
   Po otrzymaniu nagrody Nobla przez …….*.- Tomek w rozmowie z …………. Stwierdził, iż w Jarosławiu strzelają szampany ze szczęścia i radości na cześć………….
    W związku z powyższym proszę o ustalenie bliższych danych Tomka oraz rozpoznanie go pod kątem jego osobowości, utrzymywanych kontaktów, jego działalności w przeszłości i obecnie i poinformowanie nas w możliwie najkrótszym czasie.                         
                                              
*chodziło tu o  Lecha Wałęsę –T.P.
………………………………………………………………………………………….

Jarosław dnia 09.11.1983 r.
 NOTATKA URZĘDOWA dot. PETRY Tomasza s. Tadeusza i Marty zd. Czura
(…) , pochodzenie inteligenckie, narodowości ukraińskiej  ( zastanawiałem się często, dlaczego w jednych dokumentach SB jestem narodowości ukraińskiej, a w innych – polskiej.  przyp. T.P), obywatelstwo polskie (…).

    Ww. w okresie legalnej działalności związku NSZZ „Solidarność” był przewodniczącym Szkolnej Komisji Związkowej NSZZ „Solidarność” w Jarosławiu. Jako działacz „S” prezentował wrogi stosunek do ustroju, władz polityczno-administracyjnych i sojuszu ze ZSRR. Organizował akcje protestacyjne w placówkach oświatowych  w Jarosławiu. Był współautorem planu zdobycia broni i magazynów wojskowych w Kidałowicach. Otwarcie deklarował chęć likwidowania funkcjonariuszy SB i MO. W prasie związkowej był autorem wielu artykułów o wrogiej treści.
    Po wprowadzeniu stanu wojennego ww. był internowany, a po opuszczeniu ośrodka odosobnienia złożył pisemne zobowiązanie o zaniechaniu prowadzenia wrogiej działalności.
   Pomimo tego do chwili obecnej jest czołowym działaczem podziemnych struktur na terenie Jarosławia i pełni rolę łącznika pomiędzy tymi strukturami a miejscowym klerem. Ponadto utrzymuje kontakty z byłymi działaczami „S” z innych rejonów kraju.
   Obecnie prowadzi katechezę dla młodzieży wykładając im najnowszą historię Polski w opracowaniu ……………. Jako nauczyciel języka polskiego w szkole średniej wykorzystuje młodzież do wrogiej działalności. Udostępnia  swoje mieszkanie do spotkań konspiracyjnych działaczy  struktur podziemnych z klerem i młodzieżą jarosławską.
   Biorąc pod uwagę jego nieustającą działalność antypaństwową oraz to, że agituje  do tej działalności coraz to większe kręgi młodzieży, niezbędne jest internowanie wymienionego celem przerwania jego działalności.
                                             
                                                              Sporządził : Cieplicki Jerzy
  

Czas strachu, łez i nadziei (cz II)

niedziela, 05 grudnia 2010 2:09

Czas strachu, łez i nadziei (cz II) XV - 12 listopada 2010

XV.

INWIGILACJA (2) ,
CZYLI: TRZY DNI Z ŻYCIA FIGURANTA „PIOTRA”

             
Nigdy nikogo nie śledziłem. Śledzenie zawsze wydawało mi się śmieszne. Może dlatego, że jako nastolatek byłem świadkiem, jak groźny dla nas kontroler biletów autobusowych śledził swoją żonę, podejrzewając ją o pozamałżeński romans. Ponieważ kontroler autobusowy nie należał do osób  lubianych przez uczniów dojeżdżających do szkoły w mieście, dlatego całym sercem sekundowaliśmy jego żonie, a  jego zachowanie  wydawało nam się śmieszne. I, choć często śledzenie jest konieczne w słusznej sprawie, mimo wszystko brzydzę się tą forma obserwacji. Zwłaszcza, że sam stałem się jej obiektem jako „figurant „ o pseudonimie „Piotr”.

Przemyśl, dnia 21.11.1983 r.     

                                 INFORMACJA  
    dot. ob. Petry Tomasz zam. Jarosław Os. Łańcuckiego 15/57, któremu nadaje się ps. ”Piotr” z dn. 16.11.br. od godz.7.10 – 20.00 na terenie m. Jarosławia

     O godz. 7.53 „Piotr” wychodzi z miejsca zamieszkania niosąc w reku siatkę z materiału koloru brązowego, w której były książki i zeszyty. Ubrany był w kurtkę koloru czarnego z elanobawełny z kapturem, szare spodnie, buty czarne, na głowie miał czapkę z nutrii z daszkiem. Ulicami: Żeromskiego, Racławicką, Kościuszki, Kraszewskiego. Na wysokości sklepu „Zurt”  przeszedł na ul. B. Puzon i bocznym wejściem wszedł na boisko szkolne Technikum Drogowego i Liceum Zawodowego. Następnie wszedł do Liceum Zawodowego i głównym hallem przeszedł na ul. Św. Ducha, po czym skręcił do Technikum Drogowo-Geodezyjnego, gdzie uczy j. polskiego w w/w szkole.
      Godz.12.20 ps. ”Piotr” wychodzi ze szkoły niosąc w  ręku w/w siatkę i tą  samą trasą udaje się do m. zamieszkania.
     Godz. 17.35 „Piotr” wychodzi z klatki w której mieszka z koszem na śmiecie. Po wysypaniu zawartości kosza powrócił do mieszkania.
     Godz. 20.00 działania przerwano. Do tej pory „Piotr” nie opuszczał swojego m. zamieszkania. 
 W dniu 17. bm. działania prowadzono od godz. 9.30 – 21.00.
      Godz. 10.10 „Piotr” opuszcza m. zamieszkania i udaje się do miasta. W centrum chodzi po sklepach a następnie udaje się do Technikum Drogowego.
     Godz. 14.15 „Piotr” wychodzi ze szkoły i nigdzie nie wstępując zachodzi do m. zamieszkania.
     Godz. 17.40 ponownie wychodzi z domu i udaje się do szkoły.
     Godz. 20.05 „Piotr” wychodzi ze szkoły i powraca do domu.
     Godz. 21.00 działania przetrwano. Do tej pory „piotr” nie opuszczał miejsca zamieszkania.
  W dniu 18.11. br. działania prowadzono od godz.9.00 -18.00 i stwierdzono następujące fakty.
     O godz.9.15 „Piotr” wychodzi z miejsca zamieszkania i nic ze sobą nie niosąc udaje się do m. pracy tj. Technikum Drogowe przy ul Św. Ducha.
     Godz. 11.50 „Piotr” w bramie szkolnej spotyka się z ks.……… kierując się do budynku szkolnego. „Piotr” z ks…….. rozmawia ok. 5.min. Po tej rozmowie ksiądz kieruje się w kierunku do kościoła farnego, natomiast „Piotr” udaje się do Przychodni Lekarskiej przy ul. Grunwaldzkiej, gdzie pyta o coś w okienku „Poradnia Kobiet”. Po ok. 2 min. wychodzi udając się do budynku MOK /Miejski Ośrodek Kultury/ przy pl. Mickiewicza.
    Godz. 12.35 „Piotr” wychodzi z budynku MOK i udaje się do Spółdzielni Mieszkaniowej przy ul. 1 Maja /pierwsze drzwi na lewo od wejścia / skąd po 20 min wychodzi i udaje się do pobliskiego sklepu spożywczego. Tu dokonuje zakupu artykułów spożywczych, które wkłada do pomarańczowego worka  wyjętego z kieszeni.
       Godz. 13.15 opuszcza sklep i udaje się w kierunku Rynku a następnie piekarni przy ul Spytka, skąd po 1 min. wychodzi i kieruje się do miejsca zamieszkania. Była godz. 14.10.
      Godz. 18. 00 działania przerwano. Do tej pory nie stwierdzono, by któryś z figurantów  odwiedził „Piotra”.
      Lubię wracać do tego tekstu dzisiaj,  w 29 lat po tych wydarzeniach. Mimo całej grozy tamtych czasów, z rozrzewnieniem wspominam ową „kurtkę koloru czarnego z elanobawełny z kapturem”, „szare spodnie”, „buty czarne”, „czapkę z nutrii z daszkiem” i tę „siatkę z materiału koloru brązowego” pełną książek i zeszytów oraz wyjmowany z kieszeni pomarańczowy worek” na zakupy.

Czas strachu, łez i nadziei (cz II)

piątek, 12 listopada 2010 0:31


Czas strachu, łez i nadziei (cz.II) XIV - 03 listopada 2010

XIV.

INWIGILACJA (1)


       Służba Bezpieczeństwa zdobywała swoją wiedzę o „figurantach" w oparciu o donosy osób nadgorliwych,   raporty agentów typu „Janek", występujących jako TW, wywiad własny,  działania operacyjne (podsłuchy, obserwacje, zdjęcia z ukrycia itp.) - jednym słowem - w oparciu o bardzo bogaty arsenał środków wywiadowczych, jakimi dysponowały  służby specjalne we wszystkich państwach, a w państwach policyjnych, do których PRL należała, szczególnie rozbudowanych.
   Zdawałem sobie sprawę z tego, że jestem otoczony, a właściwie -  osaczony ze wszystkich stron (poza moim mieszkaniem) przez „oczy", które podglądają, przez „uszy", które podsłuchują, że  dość często „ciągnie się za mną ogon". Wiedziałem też, że moi przyjaciele ze struktur i zupełnie „niezaangażowani", również znajdują się w takiej samej sytuacji.  Ale żyć, pracować, w miarę normalnie funkcjonować  w tych warunkach trzeba było.
      Nie bałem się, ale nie było to zasługą moich cech charakteru, lecz półrocznego pobytu w obozie,  w którym człowiek nauczył się pokonywać strach. A kto raz już pokonał strach, ten właściwie nie boi się niczego. No, chyba  tylko o swoich najbliższych. Właśnie ze względu na nich i na złożoną żonie obietnicę oficjalnie nie byłem włączony w struktury podziemia solidarnościowego, ale, poprzez swoje kontakty wiedziałem, co dzieje się w naszym środowisku podziemnym. Przynajmniej w części tego środowiska. Z chwilą jednak, gdy moja małżonka „wkurzyła się" po którymś z moich wezwań na  przesłuchanie, obudziła się w niej „przekorna dusza",  gdy uświadomiła sobie, że  bez względu na to, czy będę siedział cicho czy też nie, „esbecja" nie da nam spokoju, wówczas poczułem się zwolniony z danego słowa i dom mój stał się miejscem wielu spotkań „starych" i „nowych" przyjaciół.
       Zdawałem sobie sprawę, że jako osoba poddana inwigilacji, muszę zachować szczególna ostrożność. Zasady konspiracji znane mi były dotychczas z książek dotyczących partyzantki  okresu II wojny światowej, ale były to zasady już przestarzałe, nie pasujące do nowoczesnej techniki, jaką dysponował współczesny aparat państwa policyjnego. Dlatego też moja ostrożność była tym większa. Wiedziałem, że nie mogę stanowić dla esbecji „tropu", po którym doszłaby do prawdziwych struktur. Ale, z drugiej strony, nic mnie nie hamowało przed tym, aby stanowić  dla niej „fałszywy trop", który zaprowadzi ją „donikąd" . Skoro  „smutni panowie" tak ochoczo pracują, niech mają jak najwięcej roboty i niech się plączą, niech błądzą. Stąd też moja wzmożona aktywność (i mojej „wkurzonej" małżonki również), tyle tylko, że ukierunkowana na działalność głownie duchową, w parafii, w Kościele. Na efekt nie trzeba było długo czekać.
                           NOTATKA SŁUŻBOWA  ( pisownia oryginalna - przyp. T.P)
   dot. obserwacji mieszkania na oś. Łańcuckiego 15/47 należącego do ob. Tomasza Petry.
         W dniu 05.10.1983 r. o godz.19 min 50. zgodnie z poleceniem podjąłem obserwację w/w mieszkania, od godz.19 min 45 do godz. 19 min 50 przeprowadziłem czynności mające na celu ustalenie dokładnego rozmieszczenia mieszkań w klatce schodowej nr. 6, mieszkanie 46 zajmuje ........... znajduje się ono na drugim piętrze, 48 na piętrze trzecim zajmuje ........, natomiast mieszkanie nr.49  na piętrze czwartym zajmuje..............
    Po objęciu ukrytego stanowiska obserwacji zauważyłem , że z okna małego pokoju mieszkania T. Petry ktoś obserwuje osiedle, światło w tym pomieszczeniu było zgaszone lecz sylwetka stojąca w oknie była widoczna na tle światła padającego z innego pomieszczenia.
     O godz 20 min20 do wymienionej klatki schodowej weszło 9 osób, wśród których wyróżniał się ksiądz wzrostu około 170 cm szczupłej budowy ciała który prowadził rozmowę ....................................który przy w/w  klatce spoglądał w kierunku okien T. Petry. Z pozostałych  7 osób wyruniało się wzrostem dwóch chłopców w wieku około 18 lat, z których jeden niósł gitarę, że względu na ubiur ( spodnie i kurtki z kapiszonami) nie rozpoznano żadnej osoby z grupy młodzieżowej.
     O godz 20 min 30 z mieszkania T. Petry słychać było pieśni  o tematyce religijnej śpiewane przy akompaniamęcie gitary, śpiewy umilkły około 21. i prawdopodobnie w w/w mieszkaniu prowadzono rozmowy których treści nie udało się ustalić.
    O godz.21 min 50 grupa ta opuściła mieszkanie wymienionego , z uwagi na fakt, że obserwację prowadzono wewnątrz budynku nie ustalono czy wszyscy opuścili mieszkanie i gdzie się udali.
    Z wyników puźniejszej penetracji można wnioskować że udali się do mieszkania................ Którego zona w tym czasie przebywała w sanatorium.
    Obserwację przerwano około godz 22 min 10.

    To spotkanie nie było planowane wcześniej, zatem „obserwator" nastawiał się na rutynową obserwację i - po prostu -  miał szczęście zaobserwować, jak przybywa do mnie młodzieżowa grupa oazowa pod przewodnictwem ówczesnego diecezjalnego moderatora „Ruchu Światło-Życie", zaprzyjaźnionego z nami ks. Stanisława Czenczka ( tego samego, który odwiedzał internowanych w obozie  w Uhercach). Było wesoło, wręcz radośnie, gdy młodzież rozsiadła się na dywanie (nie chciała skorzystać z krzeseł i kanapy) i wspólnie pośpiewaliśmy oazowe piosenki, a potem odmówiliśmy „Apel Jasnogórski" o godz. 21.00 (to ten moment, który nasz „obserwator" wziął za „rozmowy których treści nie udało się ustalić). Zapewne m.in. to spotkanie utwierdziło SB w przekonaniu, że kieruję konspiracyjną grupą młodzieży. (cdn.)
        

Czas strachu, łez i nadziei (cz.II)

środa, 03 listopada 2010 0:57

ALARM!!!!! - 17 października 2010

Nie tylko odchudzanie się

     Alarm !!!!  - tak moja pani doktor określiła  stan zdrowia piszącego te słowa. Poziom cholesterolu - górna granica dopuszczalności, poziom trójglicerydów przekroczony  o 100% z naddatkiem. Krew,  jak gęsta śmietana, może w każdej chwili zrobić paskudne rzeczy w tętnicach.
     Wakacyjny, tamujący oddech ponad 15-minutowy  ból w okolicach serca był sygnałem ostrzegawczym. Już wtedy, w szpitalnej izbie przyjęć młody lekarz, na wieść, że badania krwi robiłem dość dawno ( trzy lata temu), złośliwie pogratulował mi "wytrwałości i pewności siebie". Badanie EKG nie wykazało stanu zawałowego, ale wiedziałem, że nie jest dobrze
      Od tego czasu minęło dwa i pół miesiąca. Zacząłem stosować dietę- cud,  polegającą na codziennym kontakcie z łopatą,  rowerowych wyjazdach do pasieki, marszach do dentysty na drugi koniec miasta - jednym słowem , uznałem, że powinienem przebywać w nieustannym ruchu na świeżym powietrzu.  Z głodówki zrezygnowałem, bo przecież tyle pracy fizycznej przede mną na działce, w pasiece i w domu, a zatem, muszę mieć sporo sił.  Jadłem więc  normalnie , tyle, że w nieco mniejszych ilościach . Efekty  widoczne:  ważę 5 kg mniej, ruszam się żwawiej, nie męczy mnie sznurowanie butów, skończyły sie dolegliwości gastryczne - jednym słowem - wracam do starej formy sprzed kilkunastu lat. Jedno tylko nie zmieniło się - skłonność do słodyczy: raz na dwa tygodnie muszę sobie zafundować hałwę i delektować się jej smakiem, wspominając czasy z dzieciństwa, gdy była ona rarytasem przywożonym przez ojca dwa razy w roku i gdy biliśmy się z braćmi o najmniejszą kruszynę.  Oczywiście, teraz, po skonsumowaniu hałwy, rezygnowałem z innego posiłku i praktycznie nie miała ona wpływu na moją wagę.
    A jednak miała wpływ  - jak przypuszczam - na coś innego, czego zważyć się nie da, mianowicie, na moją "chemię". Do pójścia na badania lekarskie skłonił mnie szum, a właściwie dzwonienie w uszach i drętwienie rąk. Ten szum pojawił sie jeszcze podczas internowania, ale drętwienie obu dłoni zaledwie od kilku lat. Początkowo myślałem, że to od łopaty ( skopałem całą swoją działkę  a także teren obok pasieki), bowiem towarzyszy temu drętwieniu paskudny ból mięśnia  prawej dłoni. No i teraz  częściowo już znamy przyczynę tych dolegliwość. Resztę będę znał po prześwietleniu szyi. Nie mniej jednak, moja małżonka nrzuciła mi reżym spożywania posiłków, eliminując masło i inne tłuszcze, wędliny oraz  słodycze. Dziś trafiłem w internecie na stronę poświęconą temu, jakich produktów i dlaczego nie można ze sobą łączyć. Bogatszy o doświadczenia i wiedzę o sobie samym,  chudszy o 5 kg, postanowilem nie skracać swojego życia.
   Jeżeli  piszę o tych fatalnych wynikach badań swojego zdrowia, to nie w celu wywoływania współczucia. Chodzi mi bardziej o tych moich blogowych przyjaciół i wszystkich mnie odwiedzających, którzy mają podobne problemy. Chcę im ównież pomóc zrozumieć, że życie jest piękne, zwłaszcza, gdy ma się dla kogo żyć. Zatem, starajmy się sami tak pokierować własnym postępowaniem, aby tego życia przynajmniej nie skracać. W znacznej mierze nasze zdrowie, nasze życie leży w naszych rękach. Pozdrawiam wszystkich serdecznie, Tomasz


ALARM!!!!!

niedziela, 17 października 2010 0:15

Czas strachu, łez i nadziei (cz.II) XIII - 09 października 2010


XIII.

TW „JANEK" MELDUJE


       TW.„Janek"-„Czernik", czyli Adam Sokół był bardzo gorliwy w agenturalnej działalności. Nie miał żadnych skrupułów moralnych, gdy rozpracowywał dla SB swych kolegów, a jednocześnie, podczas Mszy św. za Ojczyznę, wraz z nimi przyjmował Eucharystię. Dziś kojarzę to z pocałunkiem Judasza. Jest wiele jego meldunków świadczących o wyjątkowej podłości tego człowieka. Oto jeden z nich (przytaczam na podstawie rękopisu, w którym wykropkowane miejsca oznaczają zamazane przez pracownika IPN-u nazwiska osób, z zachowaniem oryginalnej pisowni).
                        Informacja
   Po ostatnich zatrzymaniach i przeszukaniach  Zarząd Jarosławskiej „Solidarności" w osobach: ............................ T. Petry..........................  ...                                                                                                                         Ryszard Bugryn jest mocno zdenerwowany. Są przekonani, że w każdej chwili mogą być aresztowani. Uradzili - słowa ............ -  że Kazimierzowi............ należy obecnie dać trochę luzu. Jest on obstawiony przez S.B. ze wszystkich stron, a ponadto jest obecnie naprawdę chory. Jest załamany psychicznie. Role koordynatora przyjął na siebie ............. T. Petry zajmuje się organizacją kontaktów z centralą, naborem dla podziemia młodzieży. Domena propagandy leży w gestii ................. Obowiązkiem.............. jest koordynowanie współpracy pomiędzy „Solidarnością" miasta i wiejską. Oczywiście , głównymi opiekunami podziemia jest kler w osobach: ...............proboszcz z Jodłówki i ..............przeor OO Dominikanów (ks. Kazimierz Wójcikowski i o. Bogusław Golak - przyp. T. Petry). Na dowód, że tak jest, przytaczam następujące fakty. ...............zastrzegł sobie, by działacze chłopscy kontaktowali się ze względów bezpieczeństwa własnego tylko z ..................(ks. Wójcikowskim - przyp. T.P.) lub z Dziekanem ( ks. Bronisławem Filą - przyp. T.P.). Dziekan w czasie rozmowy ze mną polecił, abym nie podejrzewał o współpracę z S.B. lekarza ............., a ponadto w chwili szaleńczych nalotów S.B. powinienem odstąpić od werbowania nowych kandydatów  do podziemia.
   A oto jeszcze inny dowód  na związek pomiędzy podziemiem „Solidarności" a wymienionymi księżmi. Ponieważ wyczuwałem, że ja znajduję się w kręgu podejrzanych o współpracę z S.B., postanowiłem udać się do spowiedzi. W odstępie paru dni spowiadałem się u ks. ................ i przeora OO Dominikanów. Każdemu z nich opowiadałem bajeczkę, jak to ja  kocham „naprawdę naszą ojczyznę, za którą oddałbym  nawet życie", a mimo wszystko są ludzie, którzy podejrzewają o zdradę. W tej sytuacji jestem załamany na duchu jako, że podejrzewa się mnie  bezpodstawnie. W dniu 6. 06.1983 r. ( poniedziałek) wcześnie rano przyjechał do mnie .............. (Gajewski- przyp. T.P.). Rozmawiał ze mną pojednawczo. Klepiąc po ramieniu stwierdził .... Nie gniewaj się stary, musimy szukać zdrajcy.... Zauważyłem, że zna treść mej spowiedzi. Nie wiem tylko, który z duchownych polecił mnie przeprosić. W miesiącu kwietniu, rozmawiając o potrzebach propagandowych w środowisku chłopskim powiedziałem, że mogę postarać się o papier i farbę drukarską jeśli była by taka potrzeba. W dniu 6.06. b. r. ( Zygmunt Wołoszyn- przyp. T. P.) powrócił do tej rozmowy. Zapytał , z jakich źródeł uzyskam  farbę i papier. Odpowiedziałem, że i ja potrafię organizacyjnie myśleć. Zresztą, ja nie pytam skąd wy bierzecie ulotki. Słysząc to, Wołoszyn odparł ... masz racje stary, ale słuchaj, nie potrzeba nam pomocy, ponieważ  mamy  dobry papier i prawdziwa farbę drukarską ... Z wypowiedzi tej wynika wniosek, że  ................. zna  całość sprawy związanej z produkcją ulotek.
     W dniu 10.06. 1983 r. prosił mnie .............. abym pomógł mu przenieść ciężką skrzynię  z nowego mieszkania    w inne miejsce. Dodał, że sprawa jest dyskretna i dlatego może skorzystać  z pomocy tylko ludzi zaufanych. Obiecałem mu pomóc. W dniu 12.06. b.r. ............. Poinformował mnie, że już nie muszę iść do Mikołowicza, ponieważ skrzynię pomogli mu przenieść synowie Stopyry zam. w Tuczempach. Nie wspomniał, co owa skrzynia zawierała oraz kiedy ją przemieścili. Otrzymałem polecenie od ........ .... , abym nie kontaktował się do działania z Zemanami, ponieważ są to ludzie nie zahartowani.
                           
  
sobota, 09 października 2010 0:59

Jesień - 24 września 2010

Dziś ... o pszczołach też.


    Że to już jesień, przypominać nie trzeba. Czuć w powietrzu inne zapachy płynące z zaoranych pól, inne ptaki dają o sobe znać, że właśnie przyleciały z Północy, a gdzieś, w górze co raz rozbrzmiewa żałosny klangor żurawi, które formują  swoje klucze, by odlecieć na Południe.
   W pasiece już  wprawdzie  zakarmiłem na zimę pszczoły, ale te - że są bardziej  zapobiegliwe od pszczelarza - jeszcze odwiedzają intensywnie przeróżne jesienne kwiaty w poszukiwaniu pyłku i nektaru, bowiem nie mają zwyczaju leniuchować, a promienie słoneczne dodają im wigoru - wręcz zachęcają do wylotów. Stąd, przez okno swej pracowni słyszę radosny gwar "moich złotoskrzydłych kochanek", które w blasku słońca prezentują się szczególnie uroczo. Niektóre, zwabione zapachem zgromadzonych w pracowni nadstawek z suszem pszczelim, przylatują przez otwarte drzwi chaty i wówczas muszę je grzecznie "wypraszać" przez okno, w czym skutecznie pomaga mi  przyjaciel Andrzej, który udzielił gościny mojej pasiece.
    W miniony piątek przyjechałem do pasieki z małżonką , by trochę popracować przy obejściu - przygotować miejsce pod  nowe maliny i malwy oraz inne krzewy ozdobne, posiadające również duże znaczenie jako przyszły pożytek dla pszczół. Okazało się że nasi mili Gospodarze również pomyśleli pod kątem zabezpieczenia wiosennego pożytku dla pszczół i obsiali rzepakiem  swoje pole znajdujące się w  bliskim sąsiedztwie pasieki i tam, za górką również. Zapowiada się więc ( o ile pogoda wiosną dopisze) bardzo dobry zbiór miodu rzepakowego w przyszłym roku - miodu, który ma niedocenione wartości lecznicze, szczególnie dla ludzi ze schorzeniami serca.
    Już na podwórku przywitała nas Kasia, najmłodsza pociecha w rodzinie Andrzeja, oferując swoją pomoc. Przyszła też najstarsza, Gabrysia - bohaterka mojego poprzedniego wpisu, gotowa towarzyszyć mi przy przeglądzie pszczół. A więc, połknęła  pszczelarskiego bakcykla. Ale wpierw musieliśmy wykonać  inne zaplanowane czynności, które przesunęły sie  jednak nieco w czasie, bowiem okazało się, że cała rodzina Gospodarzy udała się w niedalekie pole,by zbierać ziemniaki, które kopaczką wykopał ojciec Kasi.
     Od wieków na wsi jest tak, że w ważnych pracach polowych uczestniczą wszyscy członkowie rodziny, bliżsi i dalsi krewni, a także sąsiedzi. Ukazał to w "Chłopach" Władysław Reymont, wcześniej Eliza Orzeszkowa w "Nad Niemnem". Nikt się nie leni, czyli "nie walaczy się" - jak mówią na wsi. Wszystkie inne czynności podporządkowane są tym głównym, jak:  żniwa, młocka , wykopki, a wcześniej sadzenie. Tak, jak w pszczelej rodzinie wszystkie pszczoły pracują, wykonujac przypisane im przez Naturę  zadania, szczególnie podczas obfitego pożytku, również tu wszyscy odkładają inne czynności na rzecz tych najważniejszych.. Dlatego też, czując się wśród naszych  Gospodarzy  bardzo rodzinnie, wzięliśmy oboje z żoną wiaderka do ręki, włączając się do pracy przy zbieraniu ziemniaków. Nie było łatwo, bowiem mokra ziemia nie chciała  oddać  kartofli (używam tu drugiej nazwy tej smakowitej bulwy). Mechanizacja rolnictwa  mechanizacją, ale ludzkie ręce w tak ciężkich warunkach są niezawodne. Schylając się i wydzierając spod ciężkich skib poszczególne, ledwo widoczne okazy, przypomniałem sobie czasy dzieciństwa, kiedy to konna kopaczka należała do rzadkości, a na wykopki szło się z motykami i każdy uczestnik brał "okrakiem" jeden rząd, po czym,   dziobiąc ziemię motyką, co raz to schylał się , by wybrać kolejne  bulwy i wrzucic do ciagnionego przy sobie wiadra lub kosza. Wówczas wykopki trwały  znacznie dłużej, a i plecy bardziej bolały. Nie mniej  - tak, jak przed  kilkudziesięciu laty - zapach ziemi był taki sam oraz gadki , przymówki,  dowcipy kopaczy i zbieraczy,  również. I śpiew , oczywiscie, także. Śpiewającą była Kasia, która wpierw pomagała zbierać ziemniaki i jednocześnie sprytnie łapała uciekajace przed nami polne myszy,  a potem , siedząc na traktorze obok swgo tatusia, wyśpiewywała wszystkie znane sobie piosenki. Było więc nie tylko wesoło, ale i -  zgodnie z tradycją - śpiewająco.
     Nie było tylko gawronów, zazwyczaj towarzyszących pracom polowym. Pięknie wykorzystał je w tomiku "Ścieżki polne" Leopold Staff, w swoim sonecie ukazujacym wykopki w jesienny, dżdżysty dzień. Tu słoneczko jeszcze grzało, więc "czarny parasol" z rozpiętych gawronich skrzydeł był zbyteczny, natomiast jesień znaczył żałosny klangor formujących swój klucz nad pobliskim lasem  żurawi. Przerwaliśmy na chwilę swoją pracę by pożegnać wzokiem odlatujace na Południe ptaki.
     Nie obeszło sie też bez  akcentu historycznego - tego tragicznego, zwiazanego z tą ziemią. W pewnym momencie ojciec Kasi, Justynki i Gabrysi, po wysypaniu kolejnego kosza ziemniaków na przyczepę spojrzał w dal i spytał:
   -To tam spadł ten samolot? Na tamto pole?
   -Tak, na tamto. Tam, gdzie są teraz te drzewa - wskazał miejsce  pan Edward.
   - Trochę bliżej, na prawo, w tamtą stronę... w stronę drogi!  - po prawiła go córka, mama dziewczynek. - Pamiętam, że ze szkoły tam chodziliśmy.
     Mowa była o polskim  bombowcu "Łoś", który we wrześniu 1939 roku, po ataku na niemieckie kolumny wojskowe został zestrzelony i którego załoga  spoczywa teraz na miejscowym cmentarzu. W  każdą rocznicę tego zdarzenia mieszkańcy okolicznych wsi, przy wspóludziale młodzieży szkolnej, wojska, władz samorzadowych gminy i powiatu gromadzą się po uroczystej Mszy sw.  przy mogile-pomniku na patriotycznym apelu, oddajac hołd bohaterskim lotnikom. Przyjeżdża również brat jednego z poległych , a cała historia tragicznego lotu  jest przekazywana z pokolenia na pokolenie, nie tylko w szkole.
     Po obiedzie zajęliśmy sie z żoną zaplanowaną  pracą wokół  pasieki. Wszystkie trzy siostrzenice Andrzeja - najmłodsza Kasia, starsza nieco Justynka, która właśnie wróciła ze szkoły, oraz Gabrysia - zadeklarowały pomoc. Widziałem, że Kasia i Justynka zazdrościły trochę Gabrysi jej poprzedniego, bezpośredniego udziału w przeglądzie uli i teraz chciały doznać tych samych wrażeń, co ich najstarsza siostra. Musiały uzyskać  zgodę mamy i przypomnieć sobie, czy doznały już kontaktu z pszczelim żądłem. Kiedy wszystkie "formalności" pomyślnie zostały spełnione, dziewczyny przywdziały zapasowe kapelusze i skafander.
      Niestety. Właśnie rozpalałem ogień w podkurzaczu. Zazwyczaj nie używam  już dymu do pszczół, bo mam bardzo łagodne rasy, ale dla dziewczyn dymienie podkurzaczem to nie tylko gwarancja zniechęcenia jakiejś "zdenerwowanej Maji" do użądlenia, ale również dodatkowa atrakcja zwiazana z tą profesją.I właśnie wtedy, gdy z podkurzacza już się dymiło i miałem swoje młode pomocnice zaprosić do współpracy, z niedalekiego pola rozległo sie wołanie taty. Dziewczyny potrzebne były właśnie w polu, bo okazało się, że po użyciu rekultywatora, jeszcze sporo ziemniaków jest do wyzbierania.  Przykro było patrzeć na żal w ich oczach, bowiem już nastawiły się na bezpośreni kontakt z pszczołami, ale posłuszeństwo wobec woli rodziców było ważniejsze.To dobrze. W tej rodzinie " wszystko jest na swoim miejscu". Będą miały okazję popracować przy pszczołach jeszcze niejeden raz. Tak więc, krótką tym razem pracę przy ulach prędko wykonałem sam, po czym, wraz z żoną wyruszyliśmy znowu w pole, do wspólnegio zbierania płodów ziemi - już  znacznie lżejszego. Nie zeszło nam już tak długo, jak do południa. po skończonej pracy wyszedłem dalej w pola , za górkę i rozsiałem na nieużytkach i pod lasem  zebrane wcześniej nasiona roślin miododajnych, których w tym rejonie nie było. Po drodze zawróciłem lisa - który od lasu zdążał "po przekąskę" do wiejskich kurników. Parę tygodni temu u moich Gospodarzy zagryzł pięć dorodnych kur.
   Gdy wróciłem, Gabrysia przyniosła gorącą jeszcze pizzę - "przesyłkę " od Andrzeja. Na huśtawce w ogrodzie moja małżonka delektowała się takim samym kawałkiem w towarzystwie Justynki i Kasi. Pyszna była pizza mimo, że nie pasowała do polskiej tradycji związanej z kopaniem ziemniaków.


Jesień

piątek, 24 września 2010 22:51

Czas strachu, łez i nadziei (cz.II) XII - 15 września 2010

Ten wpis również będzie składał się z dwóch, a może też i trzech części, bowiem dotyczyć będzie jednego, ale za to  szczególnego  przypadku  człowieka, który padł ofiarą systemu zniewolenia.

XII.

TW.  „CZERNIK" , „JANEK"
- SZCZEGÓLNY PRZYPADEK

       Nie należy mówić źle o zmarłych nawet wtedy, gdy wiedli oni niezbyt chwalebne życie. Jednak są sytuacje, gdy w imię prawdy  historycznej, w imię prawdy o naturze ludzkiej należy pokazać przypadek zniewolenia człowieka. Nie o potępienie samego człowieka tu chodzi, lecz o czyn, którego się dopuścił za  swego życia. Bohater tego wspomnienia już stanął przed obliczem Pana i jaką otrzymał zapłatę za swoje ziemskie „zasługi" - Bóg tylko wie. Myśmy tylko wieść o jego śmierci skwitowali krótko: „Jakie życie, taki zgon".
       Adama S. poznałem podczas naszej pierwszej w stanie wojennym „solidarnościowej" Mszy św. odprawianej  w jarosławskiej Kolegiacie,  w rocznicę  strajków sierpniowych.  Po prostu, znalazł się w naszym solidarnościowym chórku śpiewającym podczas liturgii. Zwracał na siebie uwagę  wyglądem. Chudy, lekko przygarbiony, trochę zaniedbany  mężczyzna po pięćdziesiątce, o smagłej cerze i niebieskich oczach. Bujna,  i nie znająca chyba grzebienia czupryna kędzierzawych, czarnych włosów kontrastowała z orlim nosem i mocną, pokrytą ciemnym zarostem  szczęką, tudzież wyraziście zaznaczoną grdyką, wysuwającą się spod  rozpiętego, nie pierwszej białości  kołnierza koszuli. Miał charakterystyczny, budzący zaufanie uśmiech, przy którym pokazywał swoje blaszane uzupełnienia ubytków w białym  uzębieniu. Ubierał się też  dość dziwacznie, bo w brązową, prążkowaną, staroświecką marynarkę, nałożoną na sweter, a do tego miał zielone, sukienne spodnie, tzw. rajtki oraz podniszczone oficerki.
      Kim był Adam? Niewątpliwie, był rolnikiem, co wyraźnie nawet dało się odczuć, gdyż ubranie jego przesiąknięte było wonią końskiego obornika. Mieszkał na obrzeżach miasta i tam miał swoje niewielkie gospodarstwo. W naszym towarzystwie solidarnościowym reprezentował NSZZ Rolników Indywidualnych „Solidarność". O sobie mówił niewiele, często jednak powoływał się na „swoich partyzantów", którzy mieli mu dostarczać różnych wiadomości i w razie czego być na jego zawołanie. Wyglądało na to, że Adam przewodzi jakiejś tajnej grupie, mającej konspirację we krwi jeszcze od czasów II wojny światowej. Jego przechwałki zaczęły nam się wydawać dość podejrzane, zważywszy, że jego  wiek nie upoważniał do dawania wiary w partyzancką przeszłość. Braliśmy je jako  niewinną oznakę skłonności człowieka do fantazjowania na temat swojego znaczenia w życiu. Dlatego też traktowaliśmy go z przymrużeniem oka , ale - jak się później okazało -  i tak zbyt blisko  dopuściliśmy go do pewnych spraw. Często przychodził do mnie do domu, zasypując  wiadomościami, które wydawały mi się aż nieprawdopodobne. Przychodził również do innych kolegów i .... składał potem meldunki swojemu prowadzącemu oficerowi. Nawet bardzo gorliwie. Ale o tym dowiedzieliśmy się później, po otrzymaniu z IPN  naszych „teczek".
     Adam  „działał" wśród nas do końca stanu wojennego. Potem nagle wyłączył się , unikając naszego towarzystwa. Kiedyś, idąc na działkę przez podmiejskie łąki pozdrowiłem go koszącego trawę  na siano. Ledwie odpowiedział półgębkiem i wyraźnie unikał dalszej rozmowy. Dziś wiem, jaka była tego przyczyna. Nasz kontakt urwał się zupełnie. Dopiero w latach dziewięćdziesiątych dowiedziałem się o jego tragicznej  i -  jakże wymownej  - śmierci. Adam wyszedł w swojej stodole na sąsiek  po siano dla konia i spadł na klepisko, nadziewając się brzuchem na część stojącego tam wozu.  Ponieważ mieszkał tylko z synem nadużywającym alkoholu,  skonał samotnie w miejscu wypadku. Jakiś czas potem spłonęły całe jego zabudowania gospodarcze. Pozostał po nim jedynie ślad w naszych teczkach  i ...niepamięć.
      „Raporty" Adama składane  prowadzącemu go  esbekowi miały dla  SB bardzo ważne znaczenie. Adam był bardzo pomysłowym i gorliwym współpracownikiem. Znajdował się przecież prawie w centrum  podziemnego środowiska solidarnościowego. Jednakże TW „Janek", „Czernik" również swych mocodawców karmił wytworami  własnej , bujnej wyobraźni, a więc, faktami wyssanymi z palca, które ci brali jako prawdziwe i na nich opierali taktykę  walki z naszym podziemiem. Kiedy czytam dziś raporty Adama, to czasem chce mi się śmiać , ale też i ogarnia mnie przerażenie spowodowane podłością ludzką.

Czas strachu, łez i nadziei (cz.II)

środa, 15 września 2010 23:49

Przeprowadzka - 27 sierpnia 2010

Dziś  będzie o pszczołach.
 

  
Maja przy koniczynie

    Piszę o moich kochankach nie tylko dlatego, że jesteśmy w trakcie trwającego sezonu pszczelarskiego, ale również z okazji zmian w mojej pasiece. Cały mijający miesiąc poświęciłem przygotowywaniu nowego miejsca pod pasiekę i pracy przy pszczołach. Przedwczoraj wieczorem właśnie przywiozłem ostatni ul z pszczelą rodzinką w nowe miejsce.
     Zima w tym roku spowodowała, że dach nad moją pracownią pasieczną zawalił się pod ciężarem topniejącego śniegu i całe pomieszczenie zaczęło mi zalewać. Ponieważ nie udało mi się dojść do porozumienia w sprawie remontu ze zbyt opieszałymi właścicielami posesji, dlatego, po osiemnastu latach pszczelarzenia w tej rodzinnej miejscowości, postanowiłem opuścić to miejsce, zagospodarowane  odpowiednimi nasadzeniami  miododajnych drzew i krzewów (właśnie w tym roku po raz pierwszy  obficie zakwitła lipa, którą onegdaj posadziłem prawie w centrum pasieki).
     Nowego miejsca użyczył mi u siebie mój przyjaciel, Andrzej  - ten, który organizuje wyjazdy do Łomnej i na Słowację -  niedaleko od miasta (15  minut jazdy rowerem). Dostałem do zagospodarowania  jedną izbę starego wiejskiego domu na pracownię. Coś tam polepiłem, odmalowałem.  Małżonka powiesiła na belce u sufitu  zioła (wrotycz, nawłoć, miętę, lawendę, czerwoną jarzębinę). Synowie wraz z wnukiem  oraz Andrzej (użyczył mi środka transportu) pomogli mi przewieźć całą pasiekę, którą mam teraz  zaraz za oknem. Kiedy robię coś w pomieszczeniu, przez otwarte okno dobiega mnie brzęk  uwijających się tysięcy niezmordowanych w swej pracowitości pszczół. Ile radości daje mi ten widok i ten odgłos. Przyglądałem się wczoraj, jak pszczoły robiły oblot , zapoznając się z nowym terenem, jak wybierały kierunek lotu na kwitnącą nawłoć.
     W nowym miejscu spotykam sie z ogromną życzliwością całej rodziny Andrzeja. Senior rodu, ojciec Andrzeja codziennie zaskakiwał mnie jakimś gestem świadczacym, że też żyje tym, co się tu, na jego posesji robi: a to powiesił w odmalowanej izbie nowe firanki, potem dał nową lampę, zainstalował gniazdko elektryczne, naprawił drzwi, położył linoleum na posadzkę. Zawsze pyta, czy czegoś  jeszcze nie potrzeba.
       Ale najwiekszą frajdę mają siostrzenice Andrzeja - Gabrysia, Justynka i najmłodsza Kasia . Służą pomocą i pytają.  Przedwczoraj z okna przyglądały się mojej pracy w pasiece. Musiałem z wyjęta ramką pełną pszczół podejść te dwa kroki do okna i pokazać im matkę (królową), trutnie, pszczoły młode i starsze (te już spracowane, które niedługo zakończą swój żywot). Zaciekawiło je szczególnie wygryzanie się z zasklepionych komórek młodych pszczółek i ich pierwsze kroki na plastrze. Wreszcie  miła niespodzianka: najstarsza, Gabrysia chce zajrzeć do ula. Musiałem upewnić się wpierw, czy już kiedyś doznała użądlenia. Przyznała, że osy kilkakrotnie ja użądliły i nic jej nie było.  Musiała odpowiednio ubrać się , dostała kapelusz z siatką, podkurzacz do ręki i... stanęła nad otwartym ulem. Pszczoły mam spokojne, nieagresywne, więc ryzyko użądlenia było minimalne.
   No i zaczęła sie przygoda Gabrysi z pszczołami. Pokazywałem, objaśniałem, a dziewczę zafascynowane tym, co widziało, wyrażało coraz swoje zdziwienie, zachwyt, radość z bezpośredniego kontaktu z pszczołami. Gdy jedna z nich usiadła jej na ręce, Gabrysia wykazała spokój, a gdy pszczoła zaczęła wachlować skrzydełkami, czyniąc odczuwalny wiaterek, młoda przyszła pszczelarka nie mogła powstrzymać pełnego zachwytu okrzyku. I znowu widok trutni (chłopaków ), które już zbite obok siebie na dennicy (odejmowane dno ula) i pilnowane przez robotnice, czekały na eksmisję, wprawił Gabrysie w zadumę nad mądrością tych pszczół. No i jeszcze pomoc wygryzajacym się młodym  "panienkom".
     - Właśnie odebrałam dwa porody - mówi uradowana Gabrysia.
    Interesowało ją wszystko, co jest na ramce z plastrem pszczelim, zatem, musiałem pokazać wianuszek miodu zasklepionego u góry plastra i  po bokach, pierzgę (pyłek kwiatowy w komórkach, ubity główkami przez pszczoły i zalany miodem), larwy młodych pszczół w różnych stadiach rozwoju, jajeczka - małe, białe "przecinki" niedawno złożone na dnie komórek przez królową i te już zalewane mleczkiem pszczelim, przekształacające sie w larwy. Widziała pszczoły zajęte czyszczeniem komórek po wygryzieniu się młodych i te, które  przerabiają nektar w miód, zajęte swoją czynnością , z główkami skrytymi w komórkach, nieświadome , że ktoś je podgląda. I widziała Gabrysia jeszcze wiele, wiele ciekawych scen z życia  w ulu, których tu nie sposób wymienić, ale, o których na pewno będzie opowiadać koleżankom i kolegom w klasie. I o to właśnie chodziło mnie , staremu pszczelarzowi,  aby młodym przekazac tego bakcyla, którym sam zaraziłem się ponad pół wieku temu, podglądając  z ukrycia pracę sąsiada w przydomowej pasiece.
   

   Maja zbiera pyłek

Przeprowadzka

piątek, 27 sierpnia 2010 23:42

Czas strachu, łez i nadziei (cz.II) XI - 28 lipca 2010

Dziś ciąg dalszy historii z kartkówkami

XI.

„ MY TAKICH NIE POTRZEBUJEMY",
czyli „Polaków" nie-nocne rozmowy o kartkówkach"


        Spodziewałem się jakichś reperkusji. Wiedziałem, że SB nie odpuści, ale miałem - jak to się mówi - dziką satysfakcję, że udało mi się pokrzyżować „smutnym panom"plany: miało pójść tak łatwo, a tymczasem ... trzeba będzie tłumaczyć się przed szefostwem. Ta satysfakcja była silniejsza od niepokoju o pracę w szkole, czy ewentualne dalsze, przykre następstwa. Przyznam, że było mi to obojętne.
       Długo nie trzeba było czekać.  W tydzień  od incydentu ze wspomnianymi kartkówkami dostałem wezwanie, ale tym razem do Wojewódzkiej Komendy MO w Przemyślu, na ul. Mickiewicza. Jadąc pociągiem, w myślach układałem sobie plan działania: nie dam się zastraszyć; przedstawię te same argumenty, które przedstawiłem Węglarzowi; nie pokażę wcale, że na pracy w szkole tak bardzo mi zależy. I nie dam się sprowokować.  Chyba nic mi nie zrobią, bo gdyby konsekwencją miało być zatrzymanie na dłużej, to z pewnością nie wysyłaliby „zaproszenia" , tylko przyjechaliby nocą  i zabrali. Tak sobie myślałem. Jeszcze tradycyjnie modlitwa do Ducha Świętego  o mądrość w rozmowie i... wkroczyłem do „jaskini lwa".
     Rozmowę  ze mną prowadził kpt. Cyrano. Przywitał mnie chłodno, nie tak wylewnie, jak podczas swoich wizyt w obozie. Towarzyszył mu inny esbek, którego, ze względu na klapniętą powiekę nazwałem „Falconettim"( od nazwiska jednego z gangsterów  popularnego amerykańskiego serialu „Waszyngton za zamkniętymi drzwiami").  
        - No, panie Petry - rozpoczął Cyrano - myślałem, że więcej się nie zobaczymy w takiej sytuacji... że nie będę musiał pana wzywać. Sprawił  pan nam, a mnie szczególnie, przez swoją nieobywatelską postawę, ogromny zawód... Bo ja, panie Tomaszu, byłem pewny, że w obozie wszystko pan przemyślał. Zresztą, zapewniał mnie pan, że nigdzie nie będzie się angażował, że nie będzie pan prowadził wrogiej działalności, a tymczasem... Przecież pan , panie Tomaszu, pracuje w socjalistycznej szkole, bierze socjalistyczne pieniądze...
      - I mieszka w socjalistycznym bloku... - wtrącił „Falkconetti".
      - Tak! - kontynuował myśl swego kolegi Cyrano, podnosząc nieco głos. - Ten blok wybudowali komuniści, a pan wykazuje się zupełną nieodpowiedzialnością, niechętną, wręcz wrogą postawą wobec socjalistycznego państwa i jego obywateli...
       Cóż miałem odpowiedzieć na tak „rzeczowe"  i ciężkie zarzuty? Spuścić głowę, bić się w piersi, przeprosić i przyrzec poprawę? Chciało mi się śmiać. Miałem zamiar spytać o procent komunistów w „socjalistycznym państwie", o miejsce większości pozostałych obywateli, którzy komunistami nie są  i tych, którzy budując bloki, nie wiedzieli, że mają one być socjalistyczne. Miałem rozpocząć polemikę, ale pomyślałem sobie: po co? Przecież im o to chodzi, bym przy okazji „odkrył się", dał jakiś pretekst do dalszego działania, nie wiadomo jakiego - może nawet do zatrzymania na dłużej, bo i to należało wziąć pod uwagę. Dlatego milczałem przez cały czas, z uśmiechem na twarzy obserwując obydwu panów. Mam zwyczaj patrzenia rozmówcom prosto w  twarz, zatem czasem nasze spojrzenia krzyżowały się i wówczas   to ich oczy błądziły - to po suficie, to po ścianach, albo patrzyli na siebie nawzajem, szukając potwierdzenia swych  mentorskich wywodów.
        Kiedy miałem już dosyć , a repertuar  socjalistycznych argumentów panom się wyczerpał, poprosiłem o głos. Obaj z zainteresowaniem spojrzeli na mnie i dosłownie... nadstawili uszu. Wyłuszczyłem więc kolejny powody swojej odmowy oddania kartkówek, podkreślając przede wszystkim to, że nie podpisywałem żadnego zobowiązania do współpracy z SB. I tu reakcja była  niezwykle gwałtowna. Cyrano zaperzył się, jego okrągła jak księżyc w pełni twarz poczerwieniała. Podniósł głos, prawie wykrzykując zdania, które miały pokazać, jakim jestem marnym człowiekiem.
        - My takich jak pan na współpracowników nie potrzebujemy!... Pracować u nas  to zaszczyt!.... Tu pracują prawdziwi patrioci!.... A nie tacy jak pan! - pienił się Cyrano, zaś „Falconetti" przytakiwał mu, co chwilę powtarzając : -„ No, właśnie..."
          Ze spokojem, ale też z ogromnym rozbawieniem, zupełnie nie przystającym do miejsca i okoliczności, przyglądałem się obu panom. Zastanawiałem się, czy ich oburzenie jest szczere, czy też  udawane, na pokaz - na ile sami wierzą w to, co mówią.
       - Czy teraz pan zrozumiał wszystko, panie Tomaszu? - spytał na zakończenie Cyrano. - Nie chciałbym już w przyszłości wzywać pana do Przemyśla. Niech się pan cieszy, że panu pozwoliliśmy pracować. Jest pan przecież  inteligentnym człowiekiem i wie, jakie obowiązki na panu spoczywają.
       - Wiem, wiem. I zdaję sobie sprawę,  że pracuję w socjalistycznej szkole i mieszkam w socjalistycznym mieszkaniu - powiedziałem ni stąd ni zowąd, zupełnie poważnym tonem.
       - No, właśnie! - ucieszył się z takiego mojego „oświadczenia" Falconetti.
        - Wie pan co ? - zwróciłem się do Cyrano, gdy już obydwaj panowie podnieśli się na zakończenie rozmowy, podając mi rękę na pożegnanie. - Przez chwilę miałem wrażenie, że słucham socjalistycznego kazania. Nadawałby się pan na wspaniałego proboszcza.
       Jakoś upiekło mi się i tym razem. Spodziewałem się po tym incydencie najgorszego, ale włos mi z głowy nie spadł. Dopiero po ujawnieniu „teczki operacyjnej" przeczytałem, że jednak rozważano ponowne internowanie mnie, jako osoby zagrażającej....
    A jak to wyglądało z drugiej strony? Oto raport z „teczki operacyjnej"(pisownia oryginalna):

 „       SŁOWNY OPIS ZAGROŻENIA "

       W ramach działalności profilaktycznej przed świętem 1-go Maja w dniu 28.04.1983 r. z figurantem kwestionariusza operacyjnego nr.................. Tomaszem Petry przeprowadzono rozmowę  profilaktyczno-ostrzegawczą.
W trakcie rozmowy doszło do wyjaśnienia motywów jakimi kierował się odmawiając przeprowadzenia kartkówki dla potrzeb MO w szkole, w której uczy j. polskiego. Kartkówki takie przeprowadzono  również w innych szkołach  na terenie Jarosławia w celu uzyskania materiału do przeprowadzenia  badań porównawczych pisma.
 Wyjaśniając powyższe PETRY oświadczył, że uważał to za formę współpracy z organami MO, którym już takiej współpracy odmówił, ponieważ nie  jest to zgodne z jego przekonaniami. Uważa również, że nie jest to zgodne z etyka jego zawodu. Prosił, by więcej nie włączano go do realizacji takich zadań.
W sprawach polityki... (tekst nieczytelny)... jak stwierdził jego radio i telewizor są „na emigracji" w wiecu pierwszomajowym nie zamierza wziąć udziału, ponieważ jako katolik będzie uczestniczył w tym czasie w nabożeństwie. Do nowych związków wstąpić nie zamierza. W trakcie rozmowy ukazano mu, jakie zadania stoją przed nauczycielem świeckiej szkoły i socjalistycznej tu wykazano mu rolę organów MO i SB socjalistycznym państwie, zalecono do zastanowienia się nad problemem, czy mając takie przekonania może być nauczycielem socjalistycznej szkoiły oraz ostrzeżono przed konsekwencjami w przypadku działaia  niezgodnego z ustawodawstwem obowiązujący w PRL.
        Ze względu na jego oportunizm i negatywny stosunek do organów MO i SB pozostawał będzie nadal pod aktywną kontrola operacyjną.

                                                                                            (podpis zamazany, oznaczony    
                                                                                                                  przez    IPN cyfrą 3, 
                                                                                                               prawdopodobnie     
                                                                                                 symbolem mojego rozmówcy)
środa, 28 lipca 2010 1:42

Czas strachu, łez i nadziei (cz.II) X - 15 lipca 2010

     Po dłuższej przerwie wracam do swoich wspomnień ze stanu wojennego. W poprzednim odcinku rozstałem się z moim "opiekunem", esbekiem Cieplickim. W okresie transformacji spotykałem go czasami na ulicy. Już trochę posiwiał , lekko przytył, ale , gdy mnie zobaczył, uciekał ze spojrzeniem. Zachowywał się inaczej niż inni esbecy, którzy z daleka wołali : "Dzień dobry , panu!". Któregoś dnia, gdy pełniłem funkcję Przewodniczącego Rady Powiatu, wychodzac ze swojego gabinetu w starostwie, natknąłem sie na niego, zmierzajacego do sekretariatu. Gdy mnie zobaczył, szybko zawrócił  i wyszedł . Uprzedziłem panie w sekretariacie, kto do nich zmierzał. Powiedziały, że czasem przychodzi jako akwizytor  rozprowadzajacy książki z zakresu administracji.
    Wspomniana w dzisiejszym odcinku pani wicedyrektor nadal cieszy sie zaufaniem nauczycieli i nieprzerwanie od tamtego czasu tę funkcję pełni. Był okres, gdy jako wicedyrektor szkoły razem z nią współpracowałem, ale do sytuacji tu opisanej nie wracaliśmy. Jej mąż natomiast założył własną firmę.Stara się być wobec mnie uprzejmy, ale ostatnio legalnie, zgodnie z prawem uniemożliwiłem mu zdobycie miejsca w Radzie Nadzorczej Spóldzielni Mieszkaniowej (jemu i byłemu szefowi ZOMO).
A teraz zapraszam do lektury.


       

X. 

KARTKÓWKI



       Z kpt. Cyrano ostatni raz spotkałem się  z końcem kwietnia 1983 r. w siedzibie SB w Przemyślu, gdzie zostałem wezwany w związku z kartkówkami, których nie oddałem.
         Od pewnego czasu na murach w całej Polsce pojawiały się „krasnoludki', a także antyrządowe hasła. Również w Jarosławiu ktoś w ten sposób podnosił społeczeństwo na duchu. Nic więc dziwnego, że esbecja  robiła wszystko, aby sprawcę lub sprawców złapać.
         W tym czasie, poza praca na tzw. „gołym etacie" w swoim technikum, dorabiałem jeszcze w sąsiedniej szkole w zastępstwie za  chorą koleżankę. Wicedyrektorką w tej szkole była żona powiatowego szefa SB - kobieta bardzo sympatyczna, życzliwa i ... chyba dystansująca się od tego, co robił jej mąż. 
        W drugiej połowie kwietnia dyrektorzy jarosławskich szkół średnich kazali  wszystkim polonistom zrobić kartkówki w klasach, co  wydało się nam dziwne, gdyż dotąd każdy nauczyciel sam, według swojego rozkładu materiału  realizował klasówki i sprawdziany i nigdy dyrektor takiego polecenia nie wydawał. Ale polecenie wykonaliśmy. Zastanawiające było, że w tym dniu to samo polecenie wydał mi mój dyrektor oraz dyrektor sąsiedniej szkoły, który już czekał na mnie w pokoju nauczycielskim
       Wracając do domu,  spotkałem swoja dawną polonistkę z liceum plastycznego, która wprost zapytała, czy u nas także milicja kazała robić kartkówki, bo w plastyku dyrektor tak właśnie ten nakaz wytłumaczył. Domyśliłem się, że „milicja", to SB. Teraz wszystko stało się dla mnie jasne. Zbliżają się  obchody pierwszomajowe, a potem trzeciomajowe, więc chodzi o próbki pisma.
        Zamiast do domu, trafiłem do znajomej koleżanki,  polonistki z innej szkoły i przedstawiłem sprawę. Była zaskoczona i jednocześnie oburzona tak podstępnym działaniem. Poprosiłem, aby przekazała tę  informacje koleżankom i powiedziałem, że bez względu na konsekwencje, tych kartkówek SB nie może otrzymać. Najlepiej zaraz po poprawieniu oddać je uczniom.
       Całą sobotę i niedzielę, do późnych godzin nocnych poprawiałem kartkówki. W poniedziałek poszedłem do dyrektora Barana i powiedziałem, że ich nie oddam esbekom. Był nieco zaskoczony.  Pokrótce wyłuszczyłem swoje powody: nie podpisywałem  z SB żadnej umowy o współpracy, a  oddanie kartkówek byłoby  tej współpracy aktem; nie byłbym w porządku wobec uczniów, którzy  o niczym nie wiedzą i mi zaufali; SB   ma wiele innych możliwości sprawdzenia charakteru pisma, biorąc na przykład próbki z  podań , jakie uczniowie składają w szkole. Ode mnie SB nie dostanie nic.
      - Rozumiem pana, profesorze - rzekł dyrektor - ale proszę wziąć pod uwagę konsekwencje. Przecież ci panowie wszystko teraz mogą. Jest pan pod stałą obserwacją, codziennie któryś z nich szwenda się po szkole, ja już na te mordy patrzeć nie mogę. Kiedyś tu  takiego jednego opieprzyłem. Jaką ma pan gwarancje, że nie każą pana zwolnić? Niech pan przemyśli to dobrze - zakończył z niepokojem, ale domyśliłem się, że chodzi mu jeszcze o jedno. Po prostu, nie chce  informować SB o mojej odmowie.
     -  Panie dyrektorze, wiem, w jakiej jest pan sytuacji, ale inaczej nie mogę postąpić.  Może umówmy się tak: gdy przyjdzie funkcjonariusz SB po kartkówki, to pan mnie wezwie i ja sam  mu powiem, o co chodzi. Chciałbym tylko, żeby pan dyrektor był przy tej rozmowie.
     - Dziękuję, profesorze. Przyznam szczerze, że nie mógłbym osobiście na pana skarżyć, zwłaszcza  do tej instytucji. Ale naprawdę boję się o pana, bo z nimi nie ma żartów -  rzekł, mocno ściskając rękę na pożegnanie.
      Na drugi dzień  wpisałem oceny do dzienników i na pierwszych lekcjach rozdałem kartkówki uczniom. Czułem się tak, jakbym pozbył się jakiegoś ciężaru, a jednocześnie ogarnęło mnie coś, co popularnie nazywamy „dziką satysfakcją", gdy przeciwnikowi popsujemy szyki. Właśnie miałem iść na lekcje do sąsiedniej szkoły, gdy wezwał mnie dyrektor. W gabinecie siedział znajomy mi z mojego osiedla funkcjonariusz SB, Marek Węglarz. Nie czekając na jego pytanie, przedstawiłem swoja decyzję  i wyjaśniłem motywy.
    - Rozumiem pana, ale ja tylko wykonuje polecenia - rzekł spokojnym tonem. - Będę musiał z tego złożyć raport przełożonym.
    - Wiem i proszę dokładnie napisać to, co powiedziałem.
W sąsiedniej szkole nie zdążyłem wpisać ocen ani rozdać kartkówek. W trakcie lekcji weszła pani wicedyrektor. Wiedziałem, po co. Wbrew zwyczajom, poprosiłem ją, byśmy wyszli na korytarz . Nie chciałem  wyjaśniać niczego przy młodzieży
    - Przepraszam panią dyrektor,  ale już odmówiłem oddania tych kartkówek w swojej szkole panu Węglarzowi i nie dam teraz temu panu, który po nie przyszedł. Proszę mu to przekazać, a jak trzeba będzie, to osobiście mu wyjaśnię.  Zresztą właśnie te kartkówki rozdałem uczniom.
    - Rozumiem, nie przeszkadzam więcej - odparła cicho pani wicedyrektor i odeszła .
     Wróciłem do klasy, wyjąłem kartkówki i  zacząłem rozdawać uczniom, wpisując oceny do dziennika.


Czas strachu, łez i nadziei (cz.II)

czwartek, 15 lipca 2010 0:12