Mój bloog to nie tylko własne przeżycia, ale też wspomnienia, przemyślenia dotyczące bieżących spraw. Pragnę, odkrywając przed innymi to, co mnie boli, interesuje, frapuje, zachęcić innych do wymiany poglądów, tudzież doświadczeń w prezentowanych tematach. Mam już bagaż doświadczeń życiowych, a jako świeżo emerytowany nauczyciel między pięćdziesiątką a sześćdziesiątką, czuję sie jeszcze potrzebny. Jestem już dziadkiem, choć na takiego nie wyglądam. Zajmuję się pszczelarzeniem, malowaniem, teatrem, pisaniem oraz działką. Parałem się też pracą samorządową, ale obecnie wyborcy zaproponowali mi czteroletni wypoczynek, dlatego też mam czas dla wszystkich, którym moje towarzystwo będzie miłe.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2008. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2008. Pokaż wszystkie posty

26 grudnia, 2017

Czas strachu, łez i nadziei (cd.) VI - 29 grudnia 2008

VI.

ŻYCIE OBOZOWE  
   
     Było zimno, za oknem kilkunastostopniowy mróz, zadymka. W celi również chłodno, nawet pod kocem obleczonym w szarą poszwę. W pewnym momencie poczułem, że od okna sypie mi na głowę śniegiem. No, jasne - szyba wybita, dziura przytkana dyktą, same ramy również niezbyt szczelnie przylegają do futryny. Musiałem przykryć się dodatkowo płaszczem, ową „bundą", którą wziąłem na szczęście z domu. Wpierw jednak odwróciłem się nogami w stronę okna. Mimo wszystko, dobrze mi się spało tej nocy.
    Pobudkę o świcie, gdy za oknem było jeszcze ciemno, sygnalizował zgrzyt klucza w zamku, odsuwanego rygla, i ostry krzyk klawisza: -Pobudka! Wstaaawać!- przy jednoczesnym rozbłysku czterech sufitowych żarówek.
Potem już ten element porannego rytuału uległ zmianie, bowiem bardziej zżyci z nami klawisze budzili nas łagodnie: -Dzień dobry panom, proszę wstawać. Jak się spało? - i tym podobne odzywki, czasem przeplatane jakimś dowcipnym elementem. Ale to było później.
    Wyskakiwaliśmy więc z ciepłej pościeli na zimny parkiet, w pośpiechu wdziewając buty, wychodziliśmy na korytarz po taborety z odzieżą, czym prędzej ją wdziewając. W tym czasie klawisz przeliczył wszystkich. Potem kolejka za murek, do umywalki z lodowatą wodą. Trzeba było trochę zmniejszyć swoje gabaryty, bo równocześnie kolega musiał inną potrzebę załatwić w usytuowanej obok muszli klozetowej. Zatem zupełny dyskomfort, polegający nie tylko na utrudnieniach w oporządzaniu się, ale również na złamaniu zasady intymności. Wszystko, co robiliśmy (i do tego musieliśmy się przyzwyczaić), przede wszystkim zaś czynności fizjologiczne, właściwie stały się czynnościami publicznymi, ze wszystkimi tego efektami fonetyczno-zapachowymi. A byli wśród nas ludzie w bardzo szerokim przekroju wiekowym, mający też przypadłości gastryczne, które w tych warunkach pogłębiały się. Na tym też tle wybuchały często konflikty i nieporozumienia miedzy internowanymi.
    Potem należało posłać nasze łóżka. Na moim, w miejscu, gdzie miałem nogi, ukształtowała się w ciągu nocy miniaturowa zaspa. Była nienaruszona, bowiem chroniąc się pod płaszczem przed chłodem, spałem w pozycji płodowej, z podkurczonymi nogami.
    Po oporządzeniu, gdzieś ok. godziny szóstej dało się słyszeć szuranie pojemników w korytarzu, otwieranie cel. To więźniowie z sąsiedniego pawilonu roznosili śniadanie: zupę mleczną, bochenek chleba na celę, kostkę margaryny, dżem. Czasem, zamiast zupy mlecznej była czarna kawa zbożowa lub półsłodka herbata, nalewana przez więźniów z dużej, 25-litrowej kany.
      Śniadanie nie było takie złe, w porównaniu z tym, co nam niedawno serwowano w celi przemyskiego aresztu. Być może wygłodzenie, albo inna, wspólnotowa atmosfera i brak latrynowego smrodu na to wpłynęły. Trzeba było jeszcze uporać się z myciem aluminiowych misek, łyżek i zębów w lodowatej wodzie. No i znowu, po śniadaniu, problemy fizjologiczne niektórych kolegów.
      Około ósmej ogłoszono czas spaceru. Dwa spacerowniki w kształcie długiego prostokąta, ogrodzone i przykryte siatką, usytuowane były pod oknami cel, po obu stronach bramy wejściowej do pawilony. Wchodziło się do każdego z nich przez zamykaną bramkę pilnowaną przez klawisza. Chodziło się gęsiego, wzdłuż siatki, dookoła spacerownika.
      Najpierw spacerowali koledzy z piętra - internowani z woj. krośnieńskiego i z Sanoka, a potem pozostali z woj. przemyskiego. Wszyscy usadowiliśmy się przy kratach w oknach, wzajemnie wymieniając informacje ze spacerującymi.
      W pewnym momencie zobaczyłem kolegów z Jarosławia, a wśród nich swojego dyrektora, Mariana Janusza, którego internowano ze wszystkimi 13 grudnia. Poznał mnie i mimo zakazu ze strony strażników, za każdym okrążeniem zamieniliśmy parę słów, informując się wzajemnie o sytuacji w szkole, w mieście i w rodzinach. (Potem, gdy cele stały już otworem, i mogliśmy swobodnie przemieszczać się, przeszliśmy na „ty").
     Po spacerze, aż do obiadu, w rozmowach z kolegami zbieraliśmy dodatkowe informacje o poszczególnych klawiszach, o panujących tu zwyczajach. I tak czas powoli upływał. Obiad roznoszony przez więźniów nie należał do smacznych. Po obiedzie przyszedł gruby sierżant, zwany przez kolegów „Wypiską". Zbierał zamówienia na papierosy, papier listowy, herbatę - czyli robił tzw. „wypiskę" i stąd jego przydomek. Każdy miał swoja kartę, w której był rejestrowany zakupiony produkt. Tylko my, trzej nowicjusze, takich kart nie mieliśmy, ale „Wypiska" natychmiast nam je założył. Nie posiadałem jeszcze pieniędzy, więc wziąłem na kredyt papier listowy, długopis, koperty i znaczki. Jedynie papierosy, które z nudów zacząłem znowu palić, pochodziły z zapasów kolegów.
    I tak mijał dzień. Uciąłem sobie chwilę drzemki, którą przerwało szuranie po korytarzu i otwieranie cel. Przynieśli kolację: herbatę zaprawioną bromem, kostkę margaryny, chleb. Zaczęliśmy spożywać, gdy nagle włączone zostały głośniki - tradycyjne „kołchoźniki" i zaczęto odczytywać nam „Regulamin więzienny". Rozsierdziło to, pełniącego rolę „przywódcy" w celi, starszego kolejarza, Stanisława Płatka, który klnąc niemiłosiernie, rzucił w głośnik butem.
 - Co wy, kurwa, pierdolicie! - krzyczał w stronę głośnika Stanisław.- Nas to gówno obowiązuje! My nie jesteśmy żadni skazani! Wydarliście nas bandyci z domów! My jesteśmy więźniami politycznymi, kurwa wasza mać!
     Tylu wulgarnych słów w tak krótkim czasie rzadko słyszałem i zazwyczaj raniły one moje uszy, tu jednak odczuwałem ogromna satysfakcję z tego, co „im" Stanisław - kolejarz i sczerniałej, pooranej bruzdami twarzy - wykrzyczał.
     Potem radiowęzeł więzienny przestawiono na wiadomości radiowe. I wtedy właśnie podano porażającą wszystkich informację o pacyfikacji kopalni „Wujek" i jej ofiarach. Zamarliśmy w osłupieniu na chwilę, a potem ktoś rozpoczął modlitwę: „Wieczne odpoczywanie racz im dać Panie..."

Czas strachu, łez i nadziei (cd.)

poniedziałek, 29 grudnia 2008 0:44

Czas strachu, łez i nadziei (cd.) V - 26 grudnia 2008

V.

WŚRÓD SWOICH

   Dojechaliśmy późnym wieczorem do Zakładu Karnego w Uhercach.
      -  Przywiozłem nowy towar. - zwrócił się Dembski do kogoś ze służby więziennej przy bramie obozowej. Wjechaliśmy przed budynek administracyjny, gdzie przejęła nas tutejsza służba. Długie formalności z wypełnianiem różnych akt, kartotek; zadawanie pytań typu: imię i nazwisko, imiona rodziców, adres, wzrost, waga, znaki szczególne... To wszystko trwało już jakieś pół godziny, a w żołądku zaczęło ściskać z głodu. Jednakże schludne, pachnące świeżym lakierem ściany, światło i ciepło pomieszczenia dawały poczucie względnego bezpieczeństwa, zwłaszcza, że od opuszczenia samochodu nie widzieliśmy już Dembskiego.
     Kiedy zdawaliśmy do depozytu rzeczy osobiste, poprosiłem panią porucznik, by pozwoliła mi zatrzymać różaniec, łańcuszek z krzyżykiem i książeczkę do modlenia? Przystała na moja prośbę, ale zegarek musiałem oddać. Na szczęście, paska od spodni i sznurowadeł już nie zabierano. Jeszcze pobranie z magazynu bielizny pościelowej, której daleko było do białości, dwóch szarych kocy, aluminiowej miski, kubka, łyżki i widelca. Tak objuczeni, powędrowaliśmy przez plac, do piętrowego pawilonu na górce, mijając kilka jasno oświetlonych bram, odzielajacych różne części obszernego placu więziennego.
     Kiedy zatrzasnęła się za nami ostatnia brama jednego z wielu ogrodzonych wysoką siatką i oświetlonych sektorów, ujrzeliśmy naprzeciw, we wszystkich okratowanych oknach głowy internowanych? Obserwowali nas od chwili przywiezienia. - Skąd jesteście?! Kiedy was zabrali?! Co tam słychać?! - rozległy się nawoływania. -Jarosław! Przemyśl! Bircza! - zdążyliśmy prawie równocześnie odkrzyknąć, bo już konwojujący strażnik niemal zagarnął nas do głównej bramy pawilonu. Zostaliśmy skierowani na prawo i wprowadzeni do celi nr12 na parterze.
       Przypominała wielkością dużą salę lekcyjną. Stało w niej 8 par różnie ustawionych, piętrowych łóżek. Na wprost drzwi - stół, parę taboretów i 2 ławki - wszystko w jednakowym popielatym kolorze. W rogu, na prawo od drzwi, oddzielona od sali niskim murkiem, znajdowała się toaleta: kibelek i umywalka z lustrem. Wprawdzie, poza murkiem nie było żadnej osłony, ale dobre i to, bowiem spłuczka gwarantowała, że nie będziemy skazani na smród, jaki nam towarzyszył w celi przemyskiego aresztu.
    Po przydzieleniu nam wolnych pryczy i wyjściu strażnika, natychmiast otoczyli nas internowani. Byli z różnych stron województwa; z Lubaczowa, Przemyśla, Przeworska i okolic tych miast - kolejarze, robotnicy, rolnicy lekarze, nauczyciele. Ściskali nas na powitanie, jakbyśmy znali się od dawna. Tez pytaniom nie było końca: Skąd? Kiedy? Co słychać na wolności? Jakie nastroje panują wśród społeczeństwa?
     Wszyscy już byli po kolacji, wiec stanęliśmy przed perspektywa pójścia spać o pustym żołądku, ale znaleźli koledzy jeszcze parę kromek chleba z margaryną i marmoladą. Niestety, do popicia nic już nie było, jedynie zimna woda z kranu.
     Podczas naszej pierwszej obozowej kolacji, która wyjątkowo smakowała, zaczęli nam opowiadać, jak ich aresztowano, jak trzymano na Komendach MO w Przemyślu, Jarosławiu, Przeworsku i Lubaczowie i jak ich potem wieziono.
     Wieziono ich autobusami z Przemyśla. Były też kobiety. W okolicy Krościenka ktoś z konwoju przez krótkofalówkę spytał, czy granica jest otwarta. Wszyscy wpadli w panikę myśląc, że teraz wywiozą ich „na białe
niedźwiedzie". Podobno jedna z kobiet zwariowała. Po przyjeździe na miejsce i rozlokowaniu w poszczególnych celach przeżyli moment grozy, gdy uzbrojeni w hełmy, tarcze i pałki klawisze wkroczyli do sal, demonstrując swoja siłę poprzez bicie pałkami o tarcze. Na szczęście, był to tylko pokaz siły.
     O 21.30 wszedł jeden z klawiszy, sprawdził obecność, po czym kazał rozebrać się , złożyć odzież w kostkę na taboretach i wynieść wszystko na korytarz. Potem zgasił światło od zewnątrz, bowiem w celi nie było włączników ani gniazdek sieciowych. Wystarczyło tylko światło z obozowych latarni na zewnątrz, rozjaśniające cele na tyle, że można było grać w karty. Ale  na tę rozrywkę mogliśmy sobie pozwolić nieco później. Teraz  rozpoczęły się „nocne rodaków rozmowy". 

Czas strachu, łez i nadziei (cd.)

piątek, 26 grudnia 2008 0:20

Czas strachu, łez i nadziei (cd.) IV - 24 grudnia 2008

IV.

TRANSPORT DO OBOZU


      Kolejny dzień, czwartek. Tej nocy trochę drzemałem, budząc się co jakiś czas, by zmienić pozycję i dać odpocząć niektórym częściom ciała od twardego podłoża. Przyzwyczailiśmy się do smrodu, ale dokuczał brak możliwości umycia się. Janusz dostał dreszczy, więc dałem mu płaszcz, w którym trochę pochodził po celi a potem położył się i nakrył się nim.
     Zmianę strażnika w tym dniu miał stary milicjant,którego nasz stomatolog Andrzej poznał jako posterunkowego z Birczy. Za  jakieś przewinienie został „zesłany do ciupy". Poczęstował Andrzeja papierosem i powiedział, że wieczorem nas wywiozą do obozu. Przyjęliśmy to jako zbawienną wiadomość, bowiem dość już mieliśmy tej celi - tego smrodu, brudu, twardej sceny, widoku obskurnych, spleśniałych ścian.
      Liczyliśmy niecierpliwie godziny, a czas, jak na złość, biegł powoli. Ten dzień dłużył się niesamowicie. Wypełnialiśmy go rozmową. Korzystając z faktu, że nie ma już wśród nas kapusia, mogliśmy swobodnie mówić o swojej działalności związkowej, o tym, co się stało, o naszych rodzinach.
      Gdzieś ok. szesnastej (strażnik poinformował nas o godzinie) zaczęto nas brać pojedynczo na przesłuchania. Właściwie nie było to przesłuchanie, tylko luźno zadawane przez kpt. Dembskiego pytania: czy nie zmądrzeliśmy przez ten czas; po co nam to było itd. Mówił, że gdyby mógł to inaczej by z nami rozmawiał. Mówił też, że „Solidarności" już nie będzie, że nasze mrzonki o niej możemy sobie wybić z głowy. Zwracał się do mnie w liczbie mnogiej, choć byliśmy tylko dwaj. Dolata i Kurowski byli na rozmowie wcześniej.
      Nie chcąc dawać Dembskiemu pretekstu do agresji, wszystkie jego uwagi zbywałem milczeniem. Na koniec podsunął mi DECYZJĘ O INTERNOWANIU oraz NAKAZ ZATRZYMANIA, abym ten ostatni dokument podpisał. Przeczytałem, że nawoływałem do niepokojów społecznych, że moja działalność zagrażała ustrojowi i sojuszom, że planowałem napad na magazyny wojskowe w Kidałowicach. Ogarnęło mnie oburzenie wobec takich wymyślonych zarzutów, więc, nie zdając sobie sprawy z konsekwencji. Dokonałem pierwszego aktu oporu.
         - Tego nie będę podpisywał. - powiedziałem z pełną determinacją w głosie i, chcąc zaznaczyć jakoś swój sprzeciw wobec tych zarzutów, pod  miejscem oznaczonym na podpis zatrzymanego napisałem: Brak podstawy prawnej i odmawiam podpisu. Przemyśl, 17.XII.1981 r. T. Petry .
        Nie wiedziałem, czy ma to jakieś znaczenie z prawnego punktu widzenia, ale dla mnie było ważne, że nie podpisałem „ich" decyzji, tylko swoja adnotację.
        Zobaczyłem wściekłość na twarzy Dembskiego, ale było mi już wszystko jedno. Kiedy raz pokona się strach przestajemy się już bać.
        - Ręce! - warknął przez zaciśnięte zęby Dębski i sięgnął za siebie. Wyciągnąłem dłonie i...pierwszy raz w życiu poczułem na przegubach kajdanki. Zawołał funkcjonariusza, który przyniósł mój bagaż. W dużej, brązowej kopercie były sznurowadła, pas od spodni, zegarek i srebrny łańcuszek z medalikiem. Zostałem na chwilę rozkuty, bym mógł zasznurować buty, założyć pas, zegarek i łańcuszek. Kazano mi ubrać płaszcz i znowu skuto ręce.
        Trzymając przed sobą teczkę i szmaciana torbę, schodziłem za funkcjonariuszem do wyjścia. Była już chyba osiemnasta. Odurzyło mnie mroźne, świeże powietrze. Przed wejściem stał już kryty plandeką milicyjny gazik, do którego mnie wsadzono. Siedzieli już w nim, plecami do kierowcy, Andrzej i Janusz, również skuci kajdankami. Obok nich usadowił się jeden funkcjonariusz, obok mnie, na przeciw moich współtowarzyszy niedoli,drugi.Dembski usiadł obok kierowcy.
      Jechaliśmy dość długo. Funkcjonariusze zabronili nam rozmawiać, wiec podróż dłużyła się. W pewnym momencie, na bieszczadzkich serpentynach wpadliśmy w poślizg i omal nie przewróciliśmy się. Odczuliśmy to natychmiast na przegubach dłoni, gdyż w trakcie gwałtownych ruchów spowodowanych ostrym hamowaniem i wyprowadzaniem pojazdu z poślizgu, nasze kajdanki zacisnęły się bardziej i zaczęły niesamowicie uwierać. Na szczęście ten stan nie trwał już tak długo, gdyż zbliżaliśmy się - jak wywnioskowaliśmy z rozmowy Dembskiego z kierowcą - do celu naszej podróży, do obozu odosobnienia  w Uhercach.

Czas strachu, łez i nadziei (cd.)

środa, 24 grudnia 2008 0:18

Czas strachu, łez i nadziei (cd.) III - 21 grudnia 2008

III.

W CELI

      Z trudem szedłem, trzymając jedną ręką opadające spodnie bez paska, w trzewikach bez sznurowadeł, mając zarzucony na plecy długi, zimowy płaszcz. Zeszliśmy do poziomu obskurnych piwnic. Zionęło stęchlizną i smrodem dworcowych ubikacji. A więc, zaczyna się areszt. Strażnik, który mnie przejął, wydał mi z podręcznego magazynu cienki, gumowany materac, otworzył celę i kazał kłaść się spać.
     W celi panował niesamowity, latrynowy smród. Rozświetlało ją mdławe, żółte światło okratowanej nad drzwiami, mocno zakurzonej lampy. Kiedy wzrok przyzwyczaił się do półmroku, zobaczyłem, że rolę pryczy więziennej pełni coś w rodzaju sceny obitej twardą płytą pilśniową.To na niej strażnik rozkazał mi położyć materac - na samym środku, pomiędzy dwoma aresztantami. Właśnie rozbudzili się, unieśli na chwilę głowy, po czym odwrócili się na drugi bok i zasnęli.
      Kiedy kładłem się na materacu, mój wzrok przykuły ciemne plamy na skraju podestu. Po plecach przeszedł dreszcz na myśl, że są to z pewnością ślady krwi po bitych aresztantach.
     Tej nocy nie zmrużyłem oczu. Leżąc na twardym podeście, rozmyślałem o tym, co się stało, co się jeszcze może wydarzyć, o tych plamach krwi na scenie. Czas niemiłosiernie dłużył się, a zegarek został zabrany i nie sposób teraz sprawdzić godziny. Z ulicy czy z  podwórza, przez okienko dolatywał warkot samochodu, na korytarzu również zrobił się ruch, słychać było odgłosy kroków, zamykanych drzwi, rygli, zamków, rozmowy funkcjonariuszy, jakieś meldunki, a wszystko to przeplatane wulgarnym słownictwem, dotąd raczej mi obcym.
     W pewnym momencie zacząłem rozróżniać kontury. Świt wdzierał się przez brudne, obrośnięte pajęczynami, zakratowane okienko. Widziałem już podstawowy i jedyny element wyposażenia celi, duży baniak częściowo wypełniony fekaliami. Zebrało mi się na mdłości. Rozróżniłem też dwóch, nadal śpiących współlokatorów, nic nierobiących sobie z zimna, smrodu i niewygodnego posłania. Obudził ich zgrzyt zamka, otwieranych drzwi i okrzyk strażnika: -Wstawać! Jedzenie!
     Powoli zwlekliśmy się ze scenki. Każdy dostał w aluminiowym kubku gorącą, czarną kawę zbożową, bez cukru i przełożoną dwiema kromkami chleba kosteczkę szarej margaryny. Żadnej łyżeczki ani noża. Zresztą, margaryna i tak była śmierdząca, więc wylądowała w kiblu. Sam chleb popijaliśmy kawą.
     Gdy tylko zamknęły się drzwi. Dokonaliśmy aktu prezentacji. Moi towarzysze niedoli to lekarz stomatolog z Birczy, Andrzej Dolata oraz pracownik biura Zarządu Regionu „Solidarności „ w Przemyślu, Janusz Kurowski. Przy tej ceremonii odstawiliśmy na chwilę kubki z kawą. Zrobiłem to dość nieostrożnie, więc kawa wychlapała się na podest, pozostawiając po sobie kolejną ciemną plamę. Zacząłem się śmiać, mówiąc kolegom, jakie przypuszczenia snuły mi się w głowie w związku z tymi plamami.
     Czas nadal dłużył się, ale mogliśmy już rozmawiać, wspólnie analizować sytuację. Zjedliśmy podany obiad: jęczmienną kasze bez smaku i omasty, zupę- juchę z kawałkiem pora i ziemniaka. Tu już mieliśmy łyżkę i widelec. Kolacja była powtórką śniadania, więc spotkał ją ten sam los, czyli lądowanie margaryny w kiblu.
     Przywołaliśmy strażnika, prosząc o możliwość wyniesienia kubła z fekaliami.
 - Teraz nie. Aż będzie pełny, to się go wyleje. Takie są przepisy. - odparł krótko strażnik i zamknął drzwi.
   Postanowiliśmy, że będziemy do baniaka oddawać jedynie mocz. Za większą potrzebą będziemy prosić strażnika o zaprowadzenie do ubikacji. Było nas tylko trzech, wiec szansa na wypełnienie baniaka była znikoma, ale lepszy już smród tylko moczu niż ...
     Dlaczego o tym piszę? Bo oprócz aresztowania i pierwszego przesłuchania, przez te warunki bytowania zaczynało się nas odzierać z godności.
     W południe, po „obiedzie" dano nam jeszcze jednego aresztanta. Sam przyznał, że nie był internowany, tylko przyłapany na kradzieży. Wydało się nam podejrzane, że dają nam złodzieja do celi. Wszyscy trzej pomyśleliśmy, że jest to „wtyka", dlatego ograniczyliśmy nasze rozmowy do opowiadania dowcipów, bez poruszania spraw związkowych, osobistych i politycznych. Pod wieczór nasz nowy współlokator zabrany został na przesłuchanie i więcej nie wrócił. Zbliżała się kolejna, koszmarna noc.

Czas strachu, łez i nadziei (cd.)

niedziela, 21 grudnia 2008 23:42

Czas strachu, łez i nadziei (cd.) II - 21 grudnia 2008

 II.
 
PRZESŁUCHANIE
  

       Zajechaliśmy wpierw pod budynek Komendy Miejskiej MO, w którym załatwiono jakieś formalności. Prawdopodobnie miała w nim swoją siedzibę również Służba Bezpieczeństwa. Panowie rozpłynęli się, w ciemności, pozostawiając mnie pod opieką mundurowego.
       Przemierzając wymarłe uliczki tego starego, nadsańskiego grodu, podążałem z moim „opiekunem" pod górkę, objuczony skórzaną teczką i płóciennym workiem z rzeczami osobistymi. Zmierzaliśmy do innego budynku, w którym - jak się później okazało - miałem spędzić dwie noce jako aresztant.
       - Nie chciałem panu mówić przy tych esbekach. - odezwał się do mnie mundurowy - W samochodzie musiałem z panem inaczej rozmawiać ze względu na nich. Jestem Roman O., brat Andrzeja ( z pewnych względów, nie wszystkie nazwiska podaję w pełnym brzmieniu. Andrzej był szefem „Solidarności" w jednym z wiodących zakładów przemysłowych i członkiem Zarządu MZK „S"- przyp. T.P.). On i szef MZK ukrywają się. Zdążono ukryć wasz sztandar. W czasie pacyfikacji biura znaleziono tylko drzewce. Będzie pan wywieziony do Uherc. To jest ta Nowa Wieś. Tam są już wszyscy, internowani trzynastego. Teraz będzie pana przesłuchiwał kpt. Dembski. Niech pan z nim nic nie rozmawia, bo to stary stalinowiec. Najlepiej milczeć. No niech pan się trzyma. Może to wszystko nie potrwa długo.
        Ta krótka rozmowa w jakiś sposób uspokoiła mnie, a tak przyjazna postawa tego podporucznika milicji uświadomiła mi, że nie wszyscy po tamtej stronie są draniami.
         Weszliśmy do budynku. Dyżurny milicjant sprawdził jakiś dokument podany przez mojego „konwojenta" i skierował nas do dużego pomieszczenia na pierwszym piętrze. Tu czekał już na mnie kpt. Dembski, któremu zostałem przekazany. Z podkasanymi rękawami rozpiętej bluzy munduru „moro", bez pasa, sprawiał wrażenie oprawcy czekającego na swoja ofiarę. Widać było po jego wyglądzie i zaczerwienionych z niewyspania zapewne, stalowych oczach, że przed chwilą uciął sobie drzemkę. Miał złe spojrzenie.
       - Wyładować wszystko, opróżnić kieszenie! - warknął przez zaciśnięte zęby - Zdjąć zegarek, pasek od spodni, sznurowadła!
        Wykonywałem posłusznie wszystkie polecenia, kładąc po kolei osobiste rzeczy na stole. Po spisaniu ich przez obecnego sierżanta, musiałem wszystko spakować jeszcze raz do skórzanej teczki i płóciennej torby, podpisać listę i trzymając spodnie w garści, patrzeć, jak sierżant wszystkie moje manele gdzieś wynosi. Został mi tylko ciężki, sukienny, długi płaszcz, tzw. „bunda" - jak się później okazało, bardzo przydatny w czasie mojego internowania.
       -Siadać! - znowu warknął Dembski, wskazując krzesło przy stole pod ścianą . Sam przysiadł na skraju stołu i zaczął mi powtarzać to samo, co już słyszałem w samochodzie, że „ekstrema" zmusiła ...itd. Pomny przestrogi, milczałem dłuższy czas, bębniąc tylko palcami w blat stołu. Jednak, gdy dotknął sprawy Kościoła, oskarżając go o popieranie „ekstremy", nie wytrzymałem i przerywając mu wywód, wspomniałem, że przecież prymas Glemp, jak i wcześniej prymas Wyszyński robili wszystko, by łagodzić wszelkie napięcia. Chciałem właśnie nawiązać do ostatniego spotkania u prymasa Glempa, ale rozsierdzony Dembski, nachylając się nade mną, dosłownie pieniąc się z wściekłości, krzyknął: - Ja, gdybym mógł, to tego Wyszyńskiego dawno kazałbym rozstrzelać!   
- Na szczęście, nie mógł pan - odparłem z dziwnym dla mnie samego spokojem i zdrętwiałem, gdy zobaczyłem jego pełne wściekłości oczy. Spodziewałem się uderzenia, ale on tylko zerwał się, zawołał funkcjonariusza i kazał odprowadzić mnie do aresztu. 

Czas strachu, łez i nadziei (cd.)

niedziela, 21 grudnia 2008 0:44

Czas strachu, łez i nadziei (cd.) I - 17 grudnia 2008

I. 
    
INTERNOWANIE


        Przyjechali po mnie w nocy z 15 na 16 grudnia 1981r., między godziną pierwsza a drugą. Zostałem obudzony przez ostry dźwięk dzwonka. Wcześniej, w półśnie słyszałem jakieś odgłosy zajeżdżającego samochodu, miażdżonej przez koła śnieżnej zmarzliny, trzask drzwi wejściowych do klatki schodowej, ale dopiero głos żony: „Tomek, przyszli po ciebie", postawił mnie na nogi.
        Było ich pięciu funkcjonariuszy w cywilu, pewnie SB i jeden w mundurze „moro", milicjant w randze podporucznika. To ci, którzy weszli do mieszkania. Za drzwiami, na klatce schodowej jeszcze ktoś był.
        Funkcjonariusz mundurowy, po sprawdzeniu, że jestem tym, o kogo im chodziło, kazał mi się ciepło ubrać, zabrać ze sobą niezbędne przybory osobiste. Oświadczył, że na mocy dekretu o stanie wojennym zostaję internowany do Nowej Wsi i że tam ciepły płaszcz na pewno mi się przyda.
        Jeden z esbeków, niski, pękaty, o twarzy jak księżyc w pełni - jak się później okazało, kpt. Cyrano i zarazem mój „opiekun", dowódca grupy - prowadził w dużym pokoju dyskusję z moją małżonką, m.in. na temat wizerunku Chrystusa ukrzyżowanego - mojego obrazu wiszącego na ścianie. Przekonywał moją żonę, że taki obraz nie powinien wisieć w mieszkaniu nauczyciela socjalistycznej szkoły. Słyszałem ten fragment rozmowy, gdy wszedłem do pokoju po dokumenty.
       Wszystkie czynności związane z pakowaniem rzecz, będąc pod stałym nadzorem przyglądających się temu funkcjonariuszy SB, wykonywałem chaotycznie. Umysł miałem zupełnie skołowaciały, nie wiedziałem, co mnie czeka. Różne myśli kotłowały mi się w głowie: jak zachowam się podczas przesłuchania; a co będzie, gdy zaczną bić (tego obawiałem się najbardziej); co by się stało, gdybym na zewnątrz wyrwał się i zaczął uciekać?...
        Pożegnałem się tylko z żoną i z teściową. Obie miały łzy w oczach, ale nie lamentowały. Dwójki dzieci - siedmioletniego Bartka i trzyletniej Kasi postanowiłem nie budzić. Panowie wyraźnie śpieszyli się.
       Kazano mi wsiąść do poloneza, na tylne siedzenie. Obok mnie usadowili się mundurowy i jeden z cywilów. Ruszyliśmy. Kapitan Cyrano siedział obok kierowcy i co chwilę, odwracając do tyłu głowę, na przemian z mundurowym oskarżali „Solidarność" o wszystkie niecne sprawy. Faktycznie - jak twierdzili - ruch ten podobał im się, ale „ekstrema" wypaczyła ideały związku zawodowego, robiła zamieszanie w zakładach pracy i strajki, które zagrażały gospodarce; żądania „ekstremy" były niebezpieczne, zagrażały ustrojowi i sojuszom; „ekstrema" przygotowała listę komunistów, uczciwych Polaków, do wieszania, do likwidacji i dlatego generał Jaruzelski, aby ratować Polskę, wprowadził stan wojenny...
       Starałem się milczeć i nie podejmować dyskusji, choć język aż świerzbiał, aby im odparować kontrargumentami. Jednak zdrowy rozsądek nakazywał milczeć, zwłaszcza, że zbliżaliśmy się do Przemyśla, pierwszego -jak się potem okazało - etapu mojego internowania.

Czas strachu, łez i nadziei (cd.)

środa, 17 grudnia 2008 0:13

Czas strachu, łez i nadziei - 15 grudnia 2008

Czas strachu, łez i nadziei

/Wspomnienia z okresu stanu wojennego/

Wstęp.

    W życiu każdego człowieka mają miejsce ważne wydarzenia, wpływające na jego dalsze losy. Szczególnej wagi nabierają te wydarzenia, które wplatają się w ciąg zdarzeń o zasięgu szerszym, zmieniających bieg historii kraju, Europy, a nawet świata.
    Dane mi było uczestniczyć czynnie w tego typu wydarzeniach i dzisiaj, z perspektywy lat uważam, że było to jakieś zrządzenie Opatrzności. W każdym bądź razie, w dużym stopniu wpłynęły na moje dalsze życie, na moją karierę zawodową i polityczną, na sytuację rodzinną. Słowem - na to, kim i jakim człowiekiem dziś jestem.
    Niedoszły drugi Matejko, pilot szybowcowy, aktor scen polskich i filmowy, reżyser - wystartowałem w życie dorosłe jako nauczyciel-polonista wiejskiej szkółki a potem szkoły średniej w niewielkim, historycznym i królewskim mieście, o którym wspomina obszernie Henryk Sienkiewicz w „Potopie", położonym na południowo-wschodnich kresach ówczesnej PRL.
    Kiedy byłem już przykładnym mężem, zięciem i ojcem dwójki dzieciaków, wystającym nocami w kolejkach po mięso i inne produkty na kartki, los rzucił mi wyzwanie, z podjęciem którego, wbrew protestom żony i teściowej, ani chwili nie zwlekałem.
     Tak właśnie, we właściwym momencie historycznym, wskoczyłem do pociągu „Wolność", stając się, z woli swoich koleżanek i kolegów, współtwórcą „Solidarności" nauczycielskiej i jej pierwszym przewodniczącym na cały dawny powiat. Wcześniej jednak uczestniczyłem w okupacyjnym strajku nauczycieli i lekarzy w Gdańsku, byłem świadkiem podpisania porozumienia z ówczesnym ministrem oświaty, doznałem zaszczytu spotkania się z legendarnymi postaciami opozycji, Lechem Wałęsą i Jackiem Kuroniem oraz innymi późniejszymi bohaterami z pierwszych stron gazet krajowych i zagranicznych.
     To, co chcę tutaj zaprezentować, jest próbą utrwalenia tych znamiennych wydarzeń, jakich dane mi było być czynnym uczestnikiem ponad ćwierć wieku temu. Ponieważ upływający czas czyni spustoszenie w pamięci, dlatego nie podaję szczegółowych dat, poza tymi najważniejszymi. Natomiast wszystkie wydarzenia tu przedstawione, są prawdziwe.
    Pragnę, aby te wspomnienia posłużyły moim bliskim i znajomym do przypomnienia okresu minionego, nie zawsze radosnego, ale mającego też swój specyficzny urok. Chcę również ocalić od zapomnienia ten fragment przeszłości, dla pokolenia moich wnucząt, któremu będzie się ona wydawała tak odległa, jak dla mnie czasy pierwszej i drugiej wojny światowej.

Tomasz Petry

Rozpoczynam publikację swoich wspomnień z tego okresu mojego życia, który w znacznym stopniu zadecydował o tym, kim jestem.
 //Kto znudzi sie czytaniem, niech przejdzie do innej strony/

Czas strachu, łez i nadziei

poniedziałek, 15 grudnia 2008 18:39

Anna Jenke - 11 grudnia 2008

Dziś towarzyszyła mi Anna Jenke.

 W jaki sposób? Przez sprawy, których mi dzisiejszy dzień nie szczędził . Sprawy wielkie (pogrzeb znajomego pszczelarza, opieka nad Matką - staruszką; rozmowa serdeczna z jeszcze starszą teściową - Matką mojej żony; współczucie i pocieszenie dla znajomej blogowiczki zrozpaczonej chorobą i agonią  swojego ojca; "odpuszczenie" pewnej  zniewagi. W tych i w innych sprawach czułem obecność ducha Anny
   W poprzednim wpisie zapomniałem dodać, że modlitwę za wstawiennictwem Anny Jenke kończymy modlitwą "Ojcze nasz...", "Zdrowaś Mario..."

Anna Jenke

czwartek, 11 grudnia 2008 23:30

Sługa Boża Anna Jenke (1921 - 1976) - 08 grudnia 2008

Anna Jenke - siostra miłosierdzia, wspaniała polonistka i wychowawczyni, bohaterka  czasów szczególnie trudnych.

       Właściwie to tej postaci pragnąłem poświęcić specjalny blog, bowiem mam wobec niej zobowiazanie kiedyś zaciągnięte, a z którego nie jestem już w stanie w pełni się wywiązać. Skłoniła mnie do zaprezentowania sylwetki Anny Jenke sytuacja "Clary", o której pisałem ,że potrzebuje naszego wsparcia modlitewnego. Wiem, że "Clara "tutaj też zajrzy i i znajdzie pomoc.
     Służebnica Boża  Anna Jenke urodziła się 3 kwietnia 1921 r. w Błażowej k. Rzeszowa. Od 7 roku życia wraz z rodzicami, którzy byli nauczycielami, na stałe zamieszkała w Jarosławiu. Tutaj też ukończyła w 1939 r. szkołę średnią prowadzoną przez ss. Niepokalanki, angażując się w pracę harcerską.
     W czasie wojny i okupacji czynnie zaangażowała się w pracę konspiracyjną, prowadząc tajne nauczanie oraz niosąc , wraz z innymi harcerkami, pomoc jeńcom, rannym i ludziom poszkodowanym.Dla dzieci najbiedniejszych zorganizowała akcję "kromka chleba".
     W 1945 r. rozpoczeła studia polonistyczne na UJ, pod kierunkiem prof. Pigonia, które ukończyła w 1950 r., uzyskując stopień magistra filologii polskiej. Tam też mocno związana była z ruchem Sodalicji Mariańskiej, a także spotykała się z młodym księdzem, Karolem Wojtyłą.
     Od 1950 r. do końca życia pracowała jako polonistka i wychowawczyni młodzieży szkół średnich w Jarosławiu, w okresie bardzo trudnym dla nauczycieli jawnie wyznających swoją wierność Kościołowi Chrystusowemu. Były to czasy wzmożonych represji stalinowskich, nic więc dziwnego, że i Anna Jenke na skutek donosu dyrektorki Liceum dla Wychowawczyń Przedszkoli pozbawiona była przez pewien okres pracy w tejże szkole i przeniesiona została do pracy w Bibliotece Miejskiej. W wyniku odwołania pozwolono jej uczyć j. polskiego w jarosławskim Liceum Sztuk Plastycznych, gdzie pracowała już do końca, pełniąc przez krótki okres nawet funkcję dyrektora szkoły.
    Przez cały okres swojej pracy, również jako dyrektor szkoły, Anna Jenke wykazywała wielką odwagę w wyznawaniu prawd wiary, swojej przynależności do Chrystusa i Kościoła. W tym też duchu wychowywała całe rzesze młodych pokoleń. Szczególną troską otaczała młodzież z tzw. marginesu społecznego i "dzieci ulicy". Opiekowała się również biednymi, chorymi i samotnymi ludźmi, niosąc im pomoc moralną i materialną. Im pświęcała swój  czas i całe nieraz wynagrodzenie.
    Uczniowie i wychowankowie, do których mam szczęście również należeć, traktowali Annę jak swoja matkę. Jej mieszkanie było miejscem szczególnych "spowiedzi", naprawy dusz i charakterów, a przed drzwiami , każdego niemal dnia stała kolejka młodych ludzi oczekujacych porady, czy  choćby nawet tylko wysłuchania "kosmicznego" - jak Anna mówiła - problemu .
    Mocą i siłą w tej pracy był dla Anny sam Chrystus. Odznaczała się głęboką wiąrą i nieprzeciętną miłością Boga i bliźniego. Na co dzień żyła Ewangelią, wprowadzając Boga w środowisko szkoły i wszędzie tam, gdzie Go eliminowano z życia. Przez to stała się autentycznym świadkiem Chrystusa - współczesnym świeckim apostołem.
    Anna Jenke zmarła 15 lutego 1976 r. w Jarosławiu, trawiona cieżką chorobą nowotworową. Jej pogrzeb był ogromną manifestacją wiary społeczeństwa jarosławskiego. Od dwudziestu prawie lat toczy się proces beatyfikacyjny Służebnicy Bożej Anny Jenke i znajduje sie już w końcowej fazie.
    Ojciec Św. Jan Paweł II, otrzymując książkę poświeconą Annie Jenke, wskazał ją właśnie jako wzór nauczyciela i wychowawcy na dzisiejsze czasy. Dziś w wielu miejscowościach Polski Anna Jenke patronuje szkołom podstawowym i średnim. Ukazało się wiele publikacji oraz opracowań monograficznych i naukowych (prace magisterskie i doktorskie) zbiorów poetyckich, prac malarskich poświęconych Annie Jenke. Jest wiele listów świadczących o otrzymanych łaskach za jej pośrednictwem.

                Modlitwa o beatyfikację Sługi Boże (do prywatnego odmawiania)
Boże i  Ojcze nasz, Ty obdarzyłeś Służebnicę Twoją Annę, wzorową nauczycielkę i wychowawczynię, świadka Chrystusa w czasach szczególnie trudnych i wymagających osobistej odwagi - duchem apostolskiej gorliwości, nieprzeciętnej miłości bliźniego, obdarz ją łaskawie chwałą ołtarzy, a mnie  za jej wstawiennictwem udziel łaski...................., o którą Cię z ufnością proszę. Amen.

( O otrzymanych łaskach od Boga za przyczyną Sł. Bożej Anny Jenke należy powiadomić Kurię Metropolitarną w Przemyślu lub Biuro Towarzystwa Przyjaciół Anny Jenke: 37-500 Jarosław, ul. Kraszewskiego 37/1 )

Sługa Boża Anna Jenke (1921 - 1976)

poniedziałek, 08 grudnia 2008 0:01

Pomóżmy "Clarze" - 06 grudnia 2008

 Jedna z moich  znajomych blogowiczek potrzebuje pomocy.

  
"Clara" - tak podpisała się w swoim blogu i chyba tak też ma na imię (Klara). Jeżeli nosi inne imię, to  nie ma większego znaczenia, bo chcąc jej pomóc naszą modlitwą, wypraszamy łaski dla osoby Bogu wiadomej.
    Jest  prawdopodobnie studentką jakiejś uczelni wyższej, gdzieś w Polsce. Ale nie to jest istotne.
     Istotne jest to, że potrzebuje pomocy, wsparcia w obliczu ciężkiej, nowotworowej choroby (guz mózgu) i zaczęła walkę o swoje życie. Stąd  swój blog zatytułowała: "walcząca.bloog.pl".  Ostatnio jednak Clara , pod wpływem kolejnego pobytu w szpitalu, zrezygnowała z walki. Wiem, że jeszcze podejmie wyzwanie ,że to chwilowy tylko kryzys.
    Wierzę mocno w skuteczność modlitwy, w skuteczność "bombardowania Nieba". Dlatego proszę wszystkich moich przyjaciół na tym blogu o wypraszanie łaski zdrowia dla Clary, o ofiarowanie w tej intencji  również swoich większych i mniejszych cierpień, niedomagań, wyrzeczeń. Adwent - czas oczekiwania - sprzyja temu najlepiej.


Pomóżmy "Clarze"

sobota, 06 grudnia 2008 23:37

Dzisiaj ogarnia mnie "leninizm" - 03 grudnia 2008

Sam tego chciałem. " Leninizm" nie ma nic wspólnego z wodzem wiadomej rewolucji. Jest to stan  emocjonalny , polegający na niechęci do jakiegoś działania. Mógłbym to prościej określić: ogarnął mnie leń ( stąd słowo "leninizm), czyli - nic mi się nie chce. A właściwie, nie chce mi się jednej rzeczy, mianowicie - poprawiania prac czniowskich z  próbnej matury. A leży ich przede mną trzydzieści sztuk. Przy poprawie drugiej już zaczynałem drzemać, choć teksty będące podstawą zadań uczniowskich są bardzo ciekawe. Oto tekst Leszka Kołakowskiego " O kłamstwie". Dopiero niedawno zadałem pewne pytania dotyczące tego problemu, na które dała mi odpowiedź Krystyna-Laura. Teraz Leszek Kołakowski rozwiał mi pozostałe wątpliwości. To by ł tekst , który uczniowie mieli zrozumieć i na jego podstawie dać odpowiedzi na postawione pytania testowe. Drugie teksty literackie (fragmenty) miały służyć do napisania wypracowania na określone tematy: droga do zbrodni (Makbet) i ocena Izabeli Łęckiej.  Mam z głowy dwie noce, ale ...sam tego chciałem.

Dzisiaj ogarnia mnie "leninizm"

środa, 03 grudnia 2008 19:14

10 -lecie Powiatu - 29 listopada 2008

Tekst ukazał się w Gazecie Jarosławskiej wśród wypowiedzi innych głównych uczestników tych wydarzeń

Miałem wielkie szczęście uczestniczyć w reaktywowaniu Powiatu Jarosławskiego.
     To był bardzo gorący okres mimo listopadowego chłodu. Już koalicja była zawiązana – inna, niż  się spodziewano : PSL i Ruch Patriotyczny „Ojczyzna”, zamiast zwycięskiego w regionie AWS-u.  Głosy zostały policzone i od pierwszej, inauguracyjnej Sesji zależeć miało, czy wlaśnie ta koalicja będzie rządzić.
         Pierwsza Sesja odbyła się w sali narad Ratusza, gdyż nowe Starostwo nie miało jeszcze własnej. Nigdy nie zapomnę tej Sesji, a to nie tylko z tego powodu, że powierzono mi wówczas funkcję pierwszego przewodniczącego Rady Powiatu, ale również ze względu na całą dramaturgię towarzyszącą wyborom władz Starostwa.
         Mimo swojego debiutu w pracy samorządowej i w tej roli, mając tak dobrze zorganizowanych koalicyjnych radnych oraz, widząc doświadczenie polityczne nowego starosty, Mieczysława Kasprzaka, byłem spokojny o powodzenie naszych działań.
       Początki, zgodnie z przewidywaniami, nie były łatwe. Trzeba było wszystko tworzyć od podstaw, kompletować kadrę administracyjną, dobierając odpowiednich, kompetentnych ludzi do trudnych zadań. Nie sprzyjały nam media ani władze wojewódzkie, z rezerwą odnosili się do nas niektórzy duchowni optujący za AWS. Również opozycja, skupiona wokół wpływowego wówczas senatora RP, czyniła wszystko, by odwrócić bieg historii. Zaczęły się więc próby podważania prawomocności wyboru starosty i Zarządu. Tak więc, uległy ówczesnemu senatorowi wojewoda przemyski, na odchodnym, bezpodstawnie unieważnił  II Sesję Rady Powiatu, w związku z czym, musiałem ponownie ją zwołać , aby powtórzyć wybory starosty i Zarządu. Byliśmy wprawdzie pewni pozytywnego rozstrzygnięcia naszego odwołania od decyzji wojewody, ale chcieliśmy przyspieszyć normalne funkcjonowanie Starostwa. Oczywiście, miały miejsce komiczne próby bojkotowania tej powtórzonej Sesji, nie obeszło się bez dramatycznych sytuacji, ale w końcu cały Zarząd Powiatu ponownie został wybrany.
       Takie były początki. A potem zaczęła się naprawdę ciężka praca, mająca charakter pionierski, wśród niespójnych i niejasnych przepisów, pełna niewiadomych, gdzie musieliśmy często podejmować ryzykowne decyzje.
      Właściwie, to uczyliśmy się wszystkiego od podstaw i - gdyby nie doświadczenie polityczne starosty Mieczysława Kasprzaka, a także doświadczenie samorządowe kilku radnych oraz determinacja wielu z nich - nie udałoby się nam wszystko to, co w końcu postawiło nasz Powiat w rzędzie najlepszych w Polsce.
     Wielce pomocni mi byli moi dwaj zastępcy, koledzy: Józef Sieczka i dokoptowany później Adam Tołpa. Mieliśmy też od początku bardzo dobrego prawnika, powołanego na stanowisko sekretarza, a później, w drugiej kadencji wybranego na starostę, Tomasza Oronowicza. Dla mnie ważnym oparciem i zapleczem było Biuro Rady, świetnie zorganizowane przez naczelnika Wydziału Organizacyjnego, pana Mariana Pasterskiego, tworzone przez doskonały zespól młodych ludzi, pracujących w nim do dziś. Na nich mogłem zawsze liczyć i cieszę się , że w taki sam sposób wywiązują się ze swoich obowiązków wobec obecnej Rady Powiatu i mojego następcy.
     O pracy Zarządu w minionym okresie, o problemach i osiągnięciach zapewne będą mówili kolejni starostowie. Ja natomiast chciałbym mówić o pracy samej Rady Powiatu. Otóż, nie była ona łatwa, szczególnie na początku pierwszej kadencji.
     Co utrudniało pracę Rady Powiatu? Duże jej upolitycznienie. Te rozgrywki, o których wcześniej mówiłem, miały podłoże polityczne i przez to charakter destrukcyjny. Niektórzy koledzy radni starali się powielać tutaj nienajlepsze zachowania parlamentarne. Istniała wyraźna wrogość i nieufność między radnymi koalicji i opozycji. Przysłowiowym „języczkiem u wagi” stało się trzech kolegów radnych, reprezentujących SLD, bowiem w niektórych głosowaniach, jeszcze na początku naszej pracy, od ich głosów wiele zależało. Ceną za to poparcie było przypięcie naszej koalicji etykietki komunistów.
    Również ja zdobywałem pozytywne i negatywne doświadczenie w tej pracy. Pamiętam, że za swoja niefortunną i zmanipulowaną wypowiedź w prasie na temat działań opozycji, zostałem przez klub AWS pozwany do sądu. Niektórzy opozycjoniści chcieli doprowadzić do wyroku skazującego, co w następstwie miało skończyć się odwołaniem mnie z funkcji przewodniczącego Rady. Rozprawa zakończyła się w dzień wigilijny ugodą między mną a przewodniczącym Klubu AWS, ku wielkiemu niezadowoleniu trzech radnych opozycji.
     Tak było na początku pierwszej kadencji. W miarę sukcesów, jakie zaczęliśmy odnosić jako Starostwo Powiatowe, a – co za tym idzie – również cała Rada Powiatu, koledzy z AWS stawali się bardziej konstruktywna opozycją. Powiedziałem, że sukcesy są udziałem wszystkich. Zapewne do tej zmiany przyczyniły się też wspólne rekolekcje samorządowe zorganizowane w Opactwie oraz spotkania integracyjne z udziałem gości z Ukrainy, z Jaworowa, z którymi nawiązaliśmy współpracę.
    Z czego jestem dumny? Z tych wszystkich osiągnięć Rady Powiatu i Starostwa; że mogłem brać udział we wszystkich tych działaniach, które stanowiły o wysokiej lokacie Powiatu na mapie samorządowej Polski; że w niektórych działaniach, jak choćby dotyczących obligacji drogowych, należeliśmy do najpierwszych w Kraju. Jestem dumny, że udało się nam osiągnąć taki styl pracy Rady, w wyniku którego większość uchwał podejmowanych było jednogłośnie, a same sesje trwały nieraz 2 godziny, bez kłótni, bez obrażania się wzajemnego, czego zazdrościli nam goście, szczególnie parlamentarzyści.
    Powodem mojej ogromnej satysfakcji jest również to, że mogłem współpracować jako Przewodniczący Rady Powiatu przez dwie kadencje, z naprawdę wspaniałymi ludźmi – koleżankami i kolegami radnymi, a także z pracownikami Starostwa, wśród których, mimo upływu lat, mam wielu przyjaciół.
    Mojemu obecnemu i przyszłym następcom, którzy będą kierować Radą Powiatu, życzę, aby za kolejne dziesięć lat mogli cieszyć się jeszcze większymi osiągnięciami. Pragnę też podziękować tym wszystkim, których spotkałem na swojej drodze podczas pracy w Radzie Powiatu za to, że pozytywnie zaistnieli w moim życiu.   
                                                                                         Tomasz Petry

10 -lecie Powiatu

sobota, 29 listopada 2008 1:21

To był dzień - 25 listopada 2008

Uff! to był dla mnie ważny dzień.Ale to już było wczoraj, bowiem północ mnie zastała. Obchodziliśmy  zatem wczoraj jubileusz 10- lecia Powiatu.Była uroczysta Sesja, podczas której spotkałem się z radnymi dwóch poprzednich kadencji. Miałem swój udział w tym dziele jako przewodniczący Rady Powiatu pierwszej i drugiej kadencji.
     Chciałem w swoich blogach umieścić specjalne teksty związane z tym jubileuszem : jeden , będący moją wypowiedzią dla Gazety Jarosławskiej i drugi - przemówienie, które wygłosiłem podczas wczorajszych uroczystości. Niestety (ze wstydem przyznaję się), nie potrafię przenieść tych tekstów z Worda do blogu . Muszę pod doświadczonym okiem synów opanować tę umiejętność.

To był dzień

wtorek, 25 listopada 2008 0:41

"Bal w operze" - 17 listopada 2008

Moje tumany                                
w klasie  są jednak inteligentne. Kiedy zapowiedziałem kolejny utwór J.Tuwima, "Bal w operze", klasa ryknęła śmiechem. Zrobiłem powaźną minę, jakbym nie rozumiał , z czego sie śmieją. A potem, zamienili sie w słuch (klasa składa sie z samych chłopców). Praca nad tekstem przebiegała wyjatkowo sprawnie, kłopoty sprawiały im jedynie kalambury. Odniesienie do współczesnej rzeczywistości ?...( utwór jest satyrą na rzeczywistość polityczną lat trzydziestych ub. wieku) było aż naddto oczywiste. Stąd ten śmiech.

"Bal w operze"

poniedziałek, 17 listopada 2008 18:18

Pszczelarska brać. - 11 listopada 2008

Byłem delegatem.

     Wczoraj wróciłem ze Ślesina,gdzie na XX Zjeździe wybieraliśmy nowe władze Polskiego Związku Pszczelarskiego. Po maratonie wyborczym, trwającym (na skutek błędów prowadzącego obrady przewodniczącego) od 9.00 do 2.30 nastepnego dnia, wybraliśmy Prezydenta Związku, którym został dotychczas piastujacy to stanowisko, kol. Tadeusz Sabat.
    Dla mnie , debiutującego delegata, Zjazd ten był ważny ze względu na możliwość poznania pszczelarzy z całej Polski, wymiany pogladów,a przede wszystkim  doświadczeń , które w różnych regionach kraju są inne, zależnie od  warunków klimatycznych.
    Mimo różnic w podejściu do wielu omawianych spraw, mimo sporów, udało się wypracować ważny dla polskiego pszczelarstwa program działania na najbliższe lata.  Powinno być lepiej, jednak to zależy od wielu czynników - nie tylko klimatycznych, lecz przede wszystkim od działalności człowieka i zrozumienia przez wszystkich ( nie tylko pszczelarzy), że byt ludzkości w dużej mierze uzależniony jest od istnienia pszczoły miodnej.
    

Pszczelarska brać.

wtorek, 11 listopada 2008 18:58

"....lat minęło..." - 03 listopada 2008

58 lat temu,

w małej wiosce podkarpackiej, w taki mniej więcej mglisty wieczór jak dziś, w rodzinie wiejskiego nauczyciela pojawiło się z wielkim krzykiem maleństwo. Było tak małe, że szczęśliwi rodzice, starszemu nieco i zaintrygowanemu tym zdarzeniem rodzeństwu przedstawili malca imieniem jednego z ich ulubionych bohaterów bajki na dobranoc. I tak już zostało


"....lat minęło..."

poniedziałek, 03 listopada 2008 20:39

Czy Oni czują naszą obecność? - 01 listopada

Wczoraj spędziłem dzień na cmentarzach
     Tak jak co roku o tej porze, również wczoraj  spedziłem dzień przy porządkowaniu grobów moich bliskich  - tych zmarłych nie tak dawno i tych , którzy umierając, nie wiedzieli nawet, że bedą mieli takiego potomka jak ja.  Mam nadzieję, że wielu z nich (a może nawet wszyscy) wyjdzie mi na spotkanie, kiedy osobiście będę przekraczał tę tajemniczą granicę życia i śmierci. Może to będzie jutro, a może za jakiś bardziej odległy czas. Nie wiem. Ale wiara , miłość i tradycja każą mi w tych dniach skupić uwagę na nich.
     Na jednym cmentarzu , na wsi , gdzie nie trzeba wnosić opłaty za  miejsce wiecznego spoczynku, oporządziłem dziesięć grobów, a w mieście, gdzie mieszkam  -  jeden , ale dla mnie szczególny, bo spoczywa w nim ktoś, kto miał ogromny wpływ na moja postawę:
  daleki wuj  - przedwojenny właściciel dworku i majatku w Brodach (Ukraina), po wojnie  pracownik  kolejnictwa , który cudem uniknął śmierci. Otóż Niemcy chcieli go zastrzelić, bo sądzili, że jest Żydem, natomiast  Sowieci za niemieckie nazwisko i majątek .
    Wuj ten zbeształ mnie a potem uczynił długi wykład na temat  należnego szacunku dla kobet, gdy jako dziesięciolatek uderzyłem swoją młodszą siostrę. I wykład ten pamiętam do dziś, a nawet wykorzystuję w swojej pracy dydaktycznej z młodzieżą.
     Zawsze , gdy porządkuję ten właśnie grób ,przy okazji poprawiam  sąsiedni - od lat zapomniany , bezimienny i bardzo zarośnięty. Zapalam  znicze na obydwu i ogarniam modlitwą również i tych zmarłych z sąsiedniego grobu, choć ich nie  znam. Niech choć  w ten dzień ogarnie ich troche więcej ciepła - nie tylko od tego zapalonego znicza. Bo dusze zmarłych również czują .  Odczuwają zapewne samotność, gorycz zapomnienia . Dlatego to robię. Może po "tamtej stronie" wyjdą mi na przeciw również  ci nieznajomi? Może ich głos w mojej obronie będzie decydował o decyzji Najwyższego?
    Dzisiaj ich grób i sąsiedni, porośnięty trawą, wtulony miedzy dwa wystawne grobowce, mają tabliczkę z napisem : "Grób zostanie zlikwidowany. Opiekunów grobu prosimy o kotakt z administracją cmentarza".
     Niby to zrozumiałe . Jest mało miejsca, administracja ponosi pewne koszty utrzymania cmentarza, zaniedbane groby psują  jego wygląd, zaś za to miejsce po zlikwidowanym grobie ktoś inny dobrze zapłaci, bowiem Rada Miasta  uchwaliła nowe, wyższe opłaty .Ale jednak to jest przykre. I dla nas i ... dla dusz  ludzi tam pochowanych. Więc dziś, jutro i  w przyszłych latach  (jeśli dożyję) będę w modlitwie nie tylko przy swoich najbliższych zmarłych z rodziny, ale również przy tych bezimiennych. Niech nie czują się samotnie , niech czuja naszą obecność.
       I będę również w modlitwie przy tych spoczywających na Cmentarzu Łyczakowskim we Lwowie,  na Cmentarzu Orląt Lwowskich. Tam ich mogiły rozświetlą dziesiatki tysiecy zniczy przywiezionych kolejny już raz z Polski. A zatem moi wujkowie Seredyńscy (ojciec i syn), których znam tylko z opowieści mej świetej chrzestnej matki, również nie będą czuli się samotni.
     Modlitwą dotrę też do wegierskiego Egeru, gdzie w czasie wojny zmarł ojciec mojego ojca.  Zmarł  w obozie dla internowanych oficerów . Zmarł z tęsknoty za Polską, za Lwowem, za rodzina, a szczególnie za swoja ukochaną, najmłodszą córeczką, Danusią.
    Oni ,wszyscy nasi najbliżsi po "tamtej stronie", czekaja na to spotkanie z nami . Chcą jeszcze raz być blisko naszych ziemskich spraw i pomóc nam  poprzez swoje wstawiennictwo u samego Boga. Przecież ogladają  Go "twarzą w twarz".
I przygotowują nam miejsce.
   

Czy Oni czują naszą obecność?

sobota, 01 listopada 2008 0:16

Moje pszczoły - 26 października 2008

Ostatni tydzień w pasiece
Łapię ostatnie dnie słonecznej jesieni, by ostatecznie zamknąć sezon pszczelarski w mojej pasiece. Podczas ostatniego przeglądu zauważyłem , że w jednej rodzinie pokarm na zimę zajmuje ledwie cztery ramki. A przecież karmiłem jednakowo wszystkie rodziny pszczele, które mają po osiem ramek pełnych  i po dwie  w połowie zalane pokarmem.
 Doprawdy, pszczoły zaskakują mnie kazdego roku czymś nowym. A przecież, przeczytałem na ich temat prawie wszystko, pracuję przy nich od najmłodszych lat, doszkalałem się  i ... masz babo placek  - znowu jakaś nowa sytuacja .
 Po dłuższej analizie domyśliłem się przyczyny.  Otóż, rodzina ta stworzona została z odkładu, do którego poddałem nieunasiennioną matkę ze Stróżów. Matka dość późno zabrała sie do czerwienia i praktycznie, kiedy zacząłem karmienie na zimę, pszczoły cały pdawany pokarm przeznaczały na wychów młodego czerwiu. Ten ruch  pszczół wokół wylotka,  przypominajacy momentami rabunek, to był powrót  młodzieży z pierwszego oblotu. Rodzina bardzo szybko doszła przed zazimowaniem do siły, bowiem podawany pokarm  oznaczał dla matki pojawienie się pożytku, więc zaczęła intensywnie znosić jajeczka.
 Nie pozostało mi nic innego, jak jeszczeraz dać dwie podkarmiaczki i korzystając z ciepłego dnia, podać im za jednym razem cztery litry gotowego syropu glukozowo-sacharozowego.Nie mogłem już podawać im syropu z cukru, bowiem tym samym zmusiłbym pszczoły do wyeksploatowania się przy przerabianiu cukru, co z pewnościa odbiłoby się negatywnie na ich przezimowaniu. A tak, spokojnie w ciągu reszty dnia i nocy przeniosły tylko ten syrop z podkarmiaczek do komórek plastra i na tym ich rola się skończyła.
 Kocham te stworzenia Boże miłością, jaka przynależna jest kobiecie. Żona żartuje, że jeżdżę do "kochanek". Jedni się gorszą, inni zaś , którzy  je znają , śmieją się , że to są najsłodsze i jednocześnie najbardziej "ostre" kochanki.


Moje pszczoły

niedziela, 26 października 2008 23:41

Był raz bal... - 20 października 2008

Ufff!!! Warto było poszaleć.

       60-lecie Szkoły Plastycznej, a właściwie Państwowego Liceum Sztuk Plastycznych, ogólnie zwanego "Plastykiem". Zrobiono mnie - jak już wczesniej wspominałem - szefem Komitetu Organizacyjnego. W związku z tym również , zaniedbywałem odwiedziny na blogach. Ale już jest pio wszystkim, dzisiaj tylko rozliczamy koszty.
       Pomijam opis uroczystości, nie będę też opisywał samego balu (każdy przeżył niejeden swój bal, zatem cóż go mogą obchodzić inne bale).Ot, podzielę się kilkoma refleksjami, jakie zrodziły się  w trakcie tych obchodów.
        Przede wszystkim - radość ze spotkania . Czesto było to pierwsze  spotkanie po kiklkudziesięciu latach. Wprawdzie już przy pomocy" Naszej- klasy" zwoływaliśmy sie wcześniej, ale tylko na wirtualne spotkania. Kiedy stanęliśmy naprzeciw siebie twarza w twarz, niejeden oddech został wstrzymany, niejedna łza się zakręciła w oczach. Odżyły wspomnienia i tęsknota za tym minionym czasem, gdy byliśmy młodzi i ... niektórzy piękni.
       Spotkanie w klasach - często kilka najbliższych roczników , bo z każdej klasy było po kilka osób. Wiekszość wychowawców i nauczycieli już spogląda na nas "z góry", więc ci, którzy jeszcze tkwią na tym ziemskim padole, dwoili sie i troili, by choć na chwile spotkać się z byłymi uczniami w pioszczególnych salach.
       Złożenie kwiatów i modlitwa w opactwie ss.benedyktynek na krypcie i przed pomnikiem Sługi Bożej , prof Anny Jenke - naszej wychowawczyni i polonistki. Tu szczególna zaduma, a prowadził grupę ks. Franciszek, który swoje kapłaństwo zawdzięcza prof.Annie.
       Msza św. jubileuszowa. Nie byłem na niej, gdyż mój dyrektor zarządził na tę sobote odrabianie  lekcji za sobotę listopadową ,więc musiałem urwać się na dwugodzinne spotkanie z klasą maturalną .
       Odsłonięcie "Ławeczki Kifera"- to uczniowie odwdzięczyli sie swojemu zmarłemu przed poprzednim jubileuszem dyrektorowi. Ile wzruszeń, ile wspólnych fotografii z siedzącym na Ławeczce brązowym Kiferem. Na chwilę zatrzymała się przed Ławeczką kawalkada ponad dwudziestu motocyklistów na swoich "stalowych rumakach" . Czy to przypadek, czy też ktoś specjalnie ich zamówił? Być może byli to goście Henia C. -  ucznia i przyjaciela Kifera, gospodarza  słynnej "Piranii".
       Piękna uroczystość centralna w MOK. Po wszystkich oficjalnych "ble ble ble" oficjeli , w tym  rodzimych posłów - naprawde piękny program  artystyczny urozmaicony archiwalnymi filmami kręconymi przez zamarłego pare tygodni temu naszego wychowawcę (poświęciłem mu jeden z niedawnych wpisów). W niektórych z tych filmów występowałem  również, w fabularyzowanych , komediowych scenkach.
      I wreszcie sam bal, którego otwarcie  przypadło w udziale mnie , jako szefowi Komitetu Organizacyjnego. Nie obeszło się bez przykrych niespodzianek, a to z powodu tych kolegów i koleżanek, którzy w ostatniej chwili zapragnęli w tym balu uczestniczyć. Dorośli ludzie, a zachowali się czesto ...("nieładnie" - to delikatne określenie). I tak , przygotowani na taką sytuację , w rezerwie mieliśmy jeszcze 20 "wejściówek "i tyleż samo porcji, jednakże okazało się ,  że wydano porcji znacznie wiecej, drugi raz tyle. Wdocznie restaurator dodatkowo się zabezpieczył.
   A potem było już szaleństwo do białego rana - przy świetnej orkestrze grajacej utwory z różnych okresów naszej młodości, przy dobrym, aczkolwiek umiarkowanym napitku i  w atmosferze naprawdę przyjacielskiej, gdzie zatarły się różnice pokoleń  a łączyła nas nasza stara "buda" i ... wspomnienia.


Był raz bal...

poniedziałek, 20 października 2008 15:53

Miałem z Nim swoje prywatne spotkania - 16 października 2008

Dzisiaj mija 30 rocznica wyboru Karola Wjtyły na następcę Św. Piotra.    Miałem z Nim swoje"prywatne" spotkania i rozmowy .
 Jest mi szczególnie bliski - jak chyba każdemu Polakowi, każdej Polce.
 Zostawił testament , którego jednak, jako Polacy nie wypełniamy.
 Głosił piękną naukę o Chrystusie, o Bogu , o Duchu Świętym, o Maryji, o Miłości    Najwyższej i ... tej miłości ludzkiej, ale gdzieś nam przeleciała mimo uszu.
 Ale płakaliśmy, gdy Go wybrano, gdy nas odwiedzał, gdy do Niego strzelano, gdy cierpiał i gdy umierał. I płaczemy za każdym razem, gdy  oglądamy jakikolwiek film z Nim, o Nim, gdy słuchamy Jego głosu .
 Jacy jesteśmy po Jego odejściu do Domu Ojca, w przededniu ogłoszenia Go świętym?
 Czy my naprawde jesteśmy lepsi?
 Więc pytam jeszcze raz - i siebie, i wszystkich wokoło: jacy jesteśmy - my, rodacy Jana Pawła II, naród wybrany, naród skłócony, naród....?


Miałem z Nim swoje prywatne spotkania

czwartek, 16 października 2008 23:45