Mój bloog to nie tylko własne przeżycia, ale też wspomnienia, przemyślenia dotyczące bieżących spraw. Pragnę, odkrywając przed innymi to, co mnie boli, interesuje, frapuje, zachęcić innych do wymiany poglądów, tudzież doświadczeń w prezentowanych tematach. Mam już bagaż doświadczeń życiowych, a jako świeżo emerytowany nauczyciel między pięćdziesiątką a sześćdziesiątką, czuję sie jeszcze potrzebny. Jestem już dziadkiem, choć na takiego nie wyglądam. Zajmuję się pszczelarzeniem, malowaniem, teatrem, pisaniem oraz działką. Parałem się też pracą samorządową, ale obecnie wyborcy zaproponowali mi czteroletni wypoczynek, dlatego też mam czas dla wszystkich, którym moje towarzystwo będzie miłe.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2009. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2009. Pokaż wszystkie posty

27 grudnia, 2017

Czas strachu, łez i nadziei - Cz II (c.d.) VIII - 10 grudnia 2009

VIII.  

FIGURANT DZIAŁA


         W szkole miałem czysty etat. Zacząłem więc prowadzić płatne kółka:  teatralne i plastyczne. Nie otrzymywałem w przydziale czynności wychowawstwa, za które był specjalny dodatek oraz płatna godzina nadliczbowa. Wynikało to z nieformalnego zakazu, jaki wypłynął z SB, a być  może,  również  z Kuratorium. Jednak stanowiłem jakieś poważne zagrożenie dla systemu wychowawczego w „socjalistycznej szkole" - jak to później określił kpt. Cyrano.
   Wojsko też mnie już nie chciało, bowiem poproszono mnie o  zdanie książeczki wojskowej, którą mi potem zwrócono, po wydarciu karty mobilizacyjnej. No, w tej sytuacji poczułem się jako obywatel czwartej kategorii, który nie zasługuje nawet na to , by w razie konieczności bronić Ojczyzny.
    W szkole znajdowałem się pod kontrolą esbeków, którzy co jakiś czas nachodzili dyrektora, wypytując o Mariana i o mnie. W końcu zaczęło to  i jego denerwować, gdyż łazili po korytarzach, oglądali gazetki szkolne, a także ściągali nas z lekcji na rozmowy do dyrekcji. Zakłócało to poważnie pracę dyrektora i naszą. Powiedziałem im wówczas przy dyrektorze, co o tym myślę. Mój szef był trochę przestraszony konsekwencjami, ale - z drugiej strony - nie krył też zadowolenia.
     - Opieprzyłem gościa - zwierzył mi się kilka dni później - bo łazi taka gnida i łazi po szkole. Mówię mu :"Czego pan tu węszy i tylko zakłóca swoją obecnością  pracę szkoły?" Facet coś pomruczał pod nosem i wyszedł. Z gęby widać było, że to  esbek.
     Funkcjonariusze SB zmieniali się. Za każdym razem był ktoś inny. W sumie przychodziło ich chyba sześciu, zaś w ostatnim roku stanu wojennego zaczął systematycznie przychodzić niejaki Cieplicki, którego nieopatrznie, omyłkowo nazwałem publicznie Ciulińskim -  wyjątkowo antypatyczny, o bandyckim spojrzeniu facet, który za brak efektów z „opieki" nade mną, stracił szanse na awans.
     W listopadzie miałem w Komendzie MO rozmowę  z funkcjonariuszem SB, innym niż poprzednio. Chodziło o tablicę „Solidarnośći" przy dawnej siedzibie Związku, którą mieli umieścić moi uczniowie. Musiałem wszystkiemu zaprzeczyć, zwłaszcza, że naprawdę nie miałem z nią nic wspólnego. Jednakże udało się „gościowi" wciągnąć mnie w niepotrzebną dyskusję, przez co złamałem uczynione sobie postanowienie, że nasze rozmowy będą krótkie. Plułem sobie potem w brodę i  przyrzekłem w duchu, że więcej do takiej sytuacji nie dojdzie.

      Z teczki operacyjnej SB:
                                                                Przemyśl, dnia 18. 10. 1982 r.
                                                              Tajne spec. Znaczenia

                                   WYCIĄG
           Z informacji od t.w. ps. „......"

 ... W dniu 13.10. 1982 r. została zdjęta tablica "S" przed siedzibą MKZ w Jarosławiu. W tym samym dniu, w godzinach przedpołudniowych grupa uczniów Petrego - nauczyciela z Technikum Drogowego w Jarosławiu zamieściła w to miejsce drewnianą tablicę z napisem :"zabraliście Komuniści Litwę, Łotwę, zabraliście „Solidarność", ale ona żyje i w sercach trwa i zwycięży".
Tablica ta umieszczona była przez ponad 1 godzinę. Gromadzili się ludzie, pojawiły się kwiaty.  T.w. nie wie, kto z uczniów brał udział  w zamontowaniu wspomnianej tablicy, postara się ustalić na następne spotkanie.
Obecnie Petry poczynił starania by obroną  ......... zajął się adwokat, który występował jako obrońca w sprawie  ..............  / w porozumieniu z .........../ Adwokat ten wyraził zgodę na podjęcie się obrony, pod warunkiem jednak, ze sprawa będzie miała posmak polityczny, a nie dotyczyła tylko włamania jako przestępstwa pospolitego.  Wg t.w. adwokat ten otrzymuje stały kontakt z .........

       Chodziło tu  między innymi o aresztowanego pracownika Huty Szkła , który dla potrzeb podziemia solidarnościowego włamał się do magazynu zakładowego i ukradł papier oraz farbę drukarską. „T.w." to „tajny współpracownik", mający swój pseudonim
                                                                    Przemyśl, dnia 15. 11. 1982 r.
                                                                     TAJNE

          Stenogram - rozmowy operacyjnej przeprowadzonej dn. 15.11.1982 r.
                                 z fig. kwest. ewid. (figurantem kwestionariusza ewidencyjnego -przyp. T.P)

Insp.  - spotykamy się po raz pierwszy.
P. -i  chyba już będziemy spotykać się stale .
Insp. -Nie wiem czy stale, osobiście życzyłbym sobie, aby w gmachu KMMO i na takiej płaszczyźnie był to ostatni raz. Chyba nie sądzę, że  chciałby się pan więcej tu ze mną spotkać.
 P. -Oczywiście, że nie. Raz, że budynek nie jest w moim typie, a poza tym ja wychodzę z założenia, raczej nie lubię jak ktoś z tej instytucji ze mną rozmawia nawet z zaproszenia.
............................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................
Insp. - Są pod pana adresem skierowane zarzuty, że dnia 10. 11. 1982 r. pańscy uczniowie , z pańskiej inspiracji powiesili drewniana tablicę z napisem:" zabraliście komuniści Litwę, Łotwę , zabraliście „Solidarność", ale ona żyje i zwycięży..." koło byłego MKZ „S".
 P.  - Słyszałem o tym, ale ta tablica ponoć wisiała nie koło „S"-ci, a koło „Caritasu". Ale Czy to była tablica , czy to jakiś wierszyk, to dokładnie nie wiem. Wiem tylko, że coś  było. Uważam posądzenie mnie o to za pomówienie. Z mojej strony byłaby to dziecinada, gdybym ja się angażował w coś takiego, żebym się bawił w konspiratora ....... Zresztą naprawdę do niczego się nie poczuwam.
............................................................................................................................................
  W dalszej części rozmowy Petry oświadczył, że nie jest zainteresowany nowymi związkami, a drugiej strony jest nawet zadowolony, że nie jest już przewodniczącym nauczycielskiej „Solidarności". Na moje pytanie dlaczego jest zadowolony, odpowiedział, że to środowisko trudne i ogólnie babskie.  ...........................................................................................................................................................................................................................................................................

       Oczywiście, moje słowa w rozmowie z oficerem SB miały, w mym zamierzeniu, uśpić jego czujność, zniwelować podejrzenia co do mej działalności, zarazem sprawić wrażenie, że już „wyleczyłem się" z aktywności politycznej oraz związkowej i chcę zająć się wyłącznie pracą zawodową i życiem rodzinnym. Nie sądzę jednak, by w to uwierzył. Dokumenty zawarte w mojej teczce  świadczą jednak, że „smutni panowie" w dużej mierze błądzili po manowcach, usiłując rozpracować  „figuranta Petrego". A o to przecież  chodziło.

Czas strachu, łez i nadziei - Cz II (c.d.)

czwartek, 10 grudnia 2009 0:13

Czas strachu, łez i nadziei - Cz II (c.d.) VII - 01 grudnia 2009

VII.
  
KTOŚ WAŻNY



        W październiku zostaliśmy obaj z Marianem wezwani do Kuratorium w Przemyślu. Spodziewaliśmy się najgorszego, czyli wręczenia zwolnień ze szkolnictwa, więc nie mieliśmy dobrych nastrojów. Ale  jechać trzeba było.
       W dużej sali narad  na ul. Waygarta zebrali się wizytatorzy, z kuratorem Sz. i panią wicekurator K. na czele.  Widać, że na kogoś ważnego jeszcze czekali, ale ten ktoś spóźniał się i przez dłuższy czas siedzieliśmy naprzeciw siebie, głupio, ale uprzejmie uśmiechając się nawzajem. Wyczułem, że dla pozostałych  obecnych sytuacja jest niezręczna, a to dodało mi poczucie przewagi. Opanowałem się i - nie zwracając uwagi na pozostałych -  zacząłem prowadzić z Marianem dość głośną konwersację na temat ilości koniecznych podsłuchów  w tak dużej sali i ewentualnego ich rozmieszczenia. Podczas, gdy my wydawaliśmy się być rozluźnieni, towarzystwo po drugiej stronie nadal znajdowało się w stanie silnego napięcia  i usztywnienia. Sytuacja zaczęła być denerwująca, bowiem „nasza władza" zauważyła,  że nie mamy zamiaru bać się .
    Wreszcie pani wicekurator, nie czekając już na „kogoś ważnego", zabrała głos. Mówiła ogólnie na temat sytuacji w szkołach w świetle przepisów stanu wojennego..., że dobro młodzieży zależy od postawy nauczycieli...
     Przerwałem uprzejmie  ten wywód i wprost zapytałem, czy chodzi tu o to, abyśmy z panem Januszem nie informowali młodzieży o naszych przejściach obozowych.
      - No...właśnie, o tym  chciałam mówić, bo... - zaczęła tłumaczyć.
      - Pani kurator! - odezwał się Marian Janusz. - Jesteśmy odpowiedzialnymi nauczycielami, z długim stażem i zdajemy sobie sprawę z trudnej sytuacji, z ewentualnej reakcji młodzieży. Przecież pracujemy już parę miesięcy w szkole i nikt z młodzieży nie dowiedział się o tym, cośmy przeżyli.
     - No, tak...-   zaczęła znowu pani wicekurator, ale w tym momencie otworzyły się gwałtownie drzwi, wszyscy zerwali się z miejsc, a na salę wszedł starszy już , o siwych włosach, płk Głogowski - mój bardzo dobry znajomy jeszcze z czasów, gdy byłem studentem Studium Nauczycielskiego. Tam pełnił funkcję szefa szkolenia wojskowego, teraz został przedstawiony jako komisarz wojskowy przy Kuratorium Oświaty.
    Znaliśmy się więc bardzo dobrze. Często szliśmy razem na uczelnię z Zasania, gdzie mieszkałem na stancji: ja - student  i on - pułkownik, prowadząc czasem poważne dyskusje. Pamiętam, że idąc w czwartki na całodzienne zajęcia wojskowe, w wyblakłym mundurze polowym z „demobilu", miałem problem z salutowaniem innym oficerom w obecności pułkownika. Wtedy on poinstruował mnie: „Kiedy idziecie ze mną, nie salutujecie pierwsi. To inni nam salutują." I tak, odbieraliśmy obaj honory od niższych rangą podoficerów i oficerów, sami niedbale przykładając palce do daszka.  Cieszyłem się u niego , jako szef klubu studenckiego „U TOMA", sporym uznaniem.
     Po przywitaniu się ze wszystkimi, pułkownik podszedł do mnie.
     - Witaj Tomku!- zawołał radośnie i dosłownie wziął mnie w ramiona.
      Nastąpiła konsternacja wśród moich władz kuratoryjnych. Pułkownik kazał pani wicekurator kontynuować wystąpienie, a sam usiadł ze mną na końcu długiego stołu i - nie zwracając na nikogo uwagi - rozpoczął swoje  wypytywanie: co słychać u mnie, jak się czuję, czy nie mam jakichś specjalnych kłopotów... W wielkim skrócie, odpowiadając na pytania, opowiedziałem mu o sobie , o rodzinie o niedawnych wydarzeniach.  Słuchał uważnie, kiwając głową.
     - Ja przecież  Tomka znam - zwrócił się niespodziewanie do wszystkich, klepiąc mnie  po ramieniu. - Jest w porządku. Dajmy już  sobie spokój.
       Nikt nie spodziewał się tego, zaskoczenie było ogromne. Tymi słowami pułkownik „rozbił" powagę spotkania, które szybko przekształciło się w  luźną rozmowę przy kawie i herbacie. Po jakimś czasie obaj z Marianem zostaliśmy zwolnieni do domu, a narada toczyła się dalej już  bez naszego udziału.
       Od tego momentu widmo naszego zwolnienia z pracy rozwiało się.  W drodze powrotnej musiałem Marianowi opowiadać o pułkowniku, o swoich studiach w przemyskiej uczelni. Śmialiśmy się z tego „nawijania" tematu przez panią wicekurator, z min , jakie wszyscy mieli po słowach pułkownika. Jak mówił Marian - właściwie rozmowa między nim a kuratorami  nie kleiła się, wszyscy bowiem mocno zaszokowani, obserwowali nas, rozmawiających sobie na  końcu stołu.
     Niebawem dowiedziałem się , że w Kuratorium zaczęto mnie uważać za „niepewnego człowieka", zaś autorem tych pogłosek miał być sam główny kurator. Ale mnie ta opinia była wówczas na rękę.

Czas strachu, łez i nadziei - Cz II (c.d.)

wtorek, 01 grudnia 2009 22:49

Czas strachu, łez i nadziei - Cz II (c.d.) VI - 22 listopada 2009




VI. 

WIZYTATORZY


          W drugim tygodniu września  przybył do szkoły wizytator z Kuratorium Oświaty, pan Eugeniusz Popek. Chciał ze mną porozmawiać.  Zanim został  wizytatorem kuratoryjnym, przez długie lata był jednym z inspektorów naszego Wydziału Oświaty, stąd znałem go dość dobrze.
        Rozmowa odbyła się w gabinecie dyrektora, w jego obecności. Przywitaliśmy się serdecznie, gdyż znałem doskonale jego polityczne zapatrywania. Należał do tej grupy wyższych rangą urzędników oświatowych, co ówczesny inspektor oświaty, wspomniany już Roman Fedan, który nie bał się przysłać do obozu listu z wyrazami pocieszenia dla Mariana i dla mnie.
     Wizytator Popek wypytał mnie o pobyt w obozie, o samopoczucie, o to, jak mi się pracuje. Powiedział wprost, że w kuratorium zastanawiają się nad dalszym losem Mariana i moim, ale on wystawi nam dobrą opinię. Na koniec , równie serdecznie pożegnaliśmy się .
     -Życzę panu , panie Tomku, żeby dobrze się panu pracowało - powiedział na odchodnym.
    Tydzień potem przybył drugi wizytator,  również jarosławianin, Eugeniusz Narolski.  I z nim bardzo dobrze znaliśmy się , bowiem , po ukończeniu przeze mnie Studium Nauczycielskiego, on, jako kierownik kadr w jarosławskim Wydziale Oświaty, wysyłał mnie na pierwszą placówkę.  Jego cel wizyty był taki sam, jak poprzednika: chciał  nas zobaczyć po naszym powrocie z obozu, porozmawiać. I on zapewnił, że zawiezie o nas do Przemyśla dobra opinię.
     Wreszcie pojawił się główny wizytator, opiekujący się  z ramienia Kuratorium naszą szkołą, pan Tadeusz Serwański. Również on wcześniej, przez pewien okres  pełnił funkcję głównego inspektora naszego Wydziału Oświaty.
   Na rozmowę zostałem poproszony z lekcji. Dyrektor wysłał na zastępstwo innego nauczyciela. Tym razem spotkanie miało miejsce nie w gabinecie dyrektora, lecz na parterze, w gabinecie kierownika wydziału zaocznego.
    Przyznam, że na to spotkanie szedłem trochę zdenerwowany, bowiem nigdy jeszcze nie miałem okazji bezpośrednio rozmawiać z panem Serwańskim, w przeciwieństwie do poprzednich wizytatorów, a także słyszałem opinie o nim, że potrafi , gdy mu się coś nie podoba ,powiedzieć nagle do dyrektora czy nauczyciela :"Niech się pan czuje zwolniony" , „Od jutra nie jest pan dyrektorem". Wprawdzie za słowami nie szły czyny, ale , kto go bliżej nie znał, miał kilka nieprzespanych nocy. Dlatego też, stojąc już   przed drzwiami, pomyślałem sobie: „co ma być, to będzie", wziąłem głęboki oddech i wszedłem. Byli już tam, oprócz wizytatora, również dyrektor, sekretarz POP oraz  Marian Janusz .  Oczywiście, istniał zwyczaj w naszej szkole, że taką osobistość,   jak główny wizytator, gościło się w sposób szczególny, stąd też i teraz stół nie był pusty.
    Pan Serwański popatrzył na mnie dosyć groźnie przy podaniu ręki, oficjalnym tonem  poprosił, bym usiadł. Pełen wewnętrznego niepokoju, nie dając jednak nic po sobie poznać, posłusznie usiadłem.
    - Dajcie Tomkowi talerzyk. Z głodnym nie będę rozmawiał  - zwrócił się niespodziewanie do dyrektora. Wszyscy uśmiechnęli się tajemniczo, a mnie ta nagła zmiana tonu i bezpośredni zwrot po imieniu uświadomiły, że cała pierwotna  groza sytuacji była ukartowana, że wszyscy biesiadnicy  zagrali swoje role, a głównym reżyserem był pan Serwański.
    Dalsza rozmowa przebiegała w koleżeńskiej atmosferze, przy degustacji ciepłych i zimnych potraw. Kiedy pokrótce odpowiedziałem na wszystkie pytania dotyczące mojej  pracy i samopoczucia po obozowych przejściach, pan Serwański wstał , wyciągnął do mnie ręce i  zawołał :
      - Tomek! Ja przyjechałem ciebie zwolnić, bo takie otrzymałem polecenie od szefa. Może ja jestem drań, ale jestem Polak i... póki  ja pracuję w Kuratorium, ty będziesz pracował w szkole!
     No i wpadliśmy sobie w ramiona.
    Te słowa miały dla mnie ogromne znaczenie, a całą sytuację wspominam  do dziś ze szczególnym sentymentem. Wymagała ta postawa naszych wizytatorów - bądź co bądź, urzędników reżymowego systemu - wielkiej odwagi z ich strony i zaufania do obecnych, również do nas, byłych internowanych.
    Obydwaj panowie -  Serwański i Narolski już nie żyją, zaś z  panem Popkiem spotykamy się przy różnych okazjach i ucinamy  zawsze przyjacielską pogawędkę.



Czas strachu, łez i nadziei - Cz II (c.d.)

niedziela, 22 listopada 2009 23:51

Czas strachu, łez i nadziei (cd.) V - 15 listopada 2009




V. 

„ANIOŁOWIE STRÓŻE"


          Z teczki operacyjnej SB:
Przemyśl, dnia 16.05.1982r.
TAJNE
Spec. Znaczenia
Nr ewidencyjny 3924
                                                  WNIOSEK
                           O założenie kwestionariusza ewidencyjnego

      Nazwisko i imię  PETRY Tomasz
..........................................................................................................................................
Narodowość......  polska. Obywatelstwo.....polskie ...........................................................................................................................................
                                                 POWÓD ZAŁOŻENIA

W chwili wprowadzenia stanu wojennego był przewodniczącym Szkolnej Komisji Związkowej NSZZ „Solidarność". Jako działacz Solidarności reprezentował wrogi stosunek do ustroju, władz polityczn-administracyjnych i sojuszu ze Związkiem Radzieckim. Organizował akcje protestacyjne w placówkach oświatowych Jarosławia. Był współautorem planu zdobycia broni i magazynów wojskowych w Kidałowicach. Otwarcie deklarował chęć likwidowania funkcjonariuszy SB i MO.
   ...................................................................................................................................
     Uzasadnienie to rozbawiło mnie, ale zarazem  sprawiło, że „urosłem" sam w swoich oczach. Oto, jaki  obraz mojej osoby wykreowali panowie agenci dla wewnętrznych swoich potrzeb (tę teczkę z dokumentami otrzymałem  z IPN w 2002 r.): groźny, bezwzględny bandzior,  gotowy wykonywać wyroki śmierci.... Czy to podobne do mnie?... Ale wracajmy do wydarzeń.
    W sierpniu otrzymałem pierwsze wezwanie do Komendy Miejskiej MO  na przesłuchanie. Wiedziałem, że wszyscy zwolnieni z obozu  są co jakiś czas przesłuchiwani. Wywołało to duży niepokój wśród moich najbliższych. Ja uważałem to za  coś normalnego w obecnej rzeczywistości, dziwiąc się, że tak długo z tym zwlekano. Początkowo miałem zamiar nie iść, ale uradziliśmy, że najlepiej będzie, jeśli zgłoszę się dobrowolnie. Nie chciałem , aby rodzina przeżywała na nowo najście esbeków . Nie miałem sobie nic do zarzucenia, ale i tak ciśnienie znacznie mi się podniosło. W drodze na Komendę odmówiłem tylko modlitwę do Ducha Świętego i lekko wszedłem do ponurego budynku na ul. Czarnieckiego.
    Funkcjonariusz SB - około trzydziestoletni brunet o podpuchniętych powiekach, czarnych oczach i anemicznie bladej twarzy - starał się być miły , uprzejmy. Oświadczył na wstępie, że to rozmowa profilaktyczna. Wypytywał o moje kontakty, co chwilę zaglądając do „ściągawki" trzymanej pod  blatem biurka. Przyznam , że rozbawiło mnie to, bo przypominał trochę niezbyt dobrze przygotowanego do odpowiedzi ucznia. Poczułem pewnego rodzaju przewagę nad swoim rozmówcą. Wymieniał nazwiska osób, z którymi ponoć miałem się kontaktować. Roześmiałem się.
     - Skoro panowie wiecie lepiej jak ja , z kim się kontaktuję, to po co pytacie? Przecież mnie śledzicie. A zresztą, nikt nie zakazał mi spotykania się z przyjaciółmi, a mam ich wielu. - Wyczułem, że facet nie ma żadnych konkretnych zarzutów.
     - Jak w pracy? Pracuje pan? - dociekał „miły pan".
     - Przecież wiecie, że pracuję. A tak - jeśli chodzi o inne sprawy - to nadrabiam  zaległości życia rodzinnego, uprawiam działkę , chodzę na ryby. Jak długo będę pracował? Tego nie wiem; to zależy  w dużej mierze od was i od moich władz oświatowych.
     - Będzie pan prowadził działalność związkową? - spytał nieśmiało uśmiechnięty pan, zaglądnąwszy przedtem do „ściągawki".
      - Jeżeli związki zawodowe zostaną reaktywowane, to się zastanowię.
      - Jak pan widzi obecna sytuacje polityczną? - spytał, podnosząc wzrok znad „ściągawki".
       - Staram się nie wypowiadać  na te tematy, zwłaszcza tutaj. Chyba rozumie mnie pan. Jeżeli nie macie więcej spraw, to proszę pozwolić mi odejść.
       - Mam nadzieję, że jeszcze porozmawiamy innym razem - uśmiechnął się przymilnie esbek.
        - Ja mam nadzieje, że do tego nie dojdzie. - Wstałem z krzesła , kierując się w stronę drzwi.
        - I proszę nikomu nie mówić , o czym tutaj rozmawialiśmy- ostrzegł mnie na odchodnym.
         - Tego nie mogę obiecać! -ostro zakończyłem nasza rozmowę. Była ona krótka, ale uświadomiłem sobie, że taktyka, jaką obrałem, jest najlepsza: jak najmniej słów i nie dać się wciągnąć w dyskusję, trzymać dystans.
        Oczywiście, poinformowałem o tej rozmowie swoich znajomych i przyjaciół.
        Przed konferencją plenarną związaną  ze zbliżającym się nowym rokiem szkolnym, wybrałem się w niedzielę na „Babionkę", łowić ryby. Właśnie ustaliłem sobie  odpowiednie stanowisko z dala od innych wędkarzy, gdy pojawiła się grupa cywilów z mundurowym funkcjonariuszem MO. Zaczęli sprawdzanie kart wędkarskich. Podeszli również do mnie. Wśród nich rozpoznałem znanego mi nauczyciela jednej z wiejskich szkół, niejakiego Gugałę, będącego jednocześnie aktywistą partyjnym. Pokazywałem właśnie  funkcjonariuszowi MO kartę wędkarską, gdy usłyszałem głos Gugały: - Ja profesora znam, zostawcie go, jest w porządku.
      Milicjant oddał mi kartę, salutując  niedbale, po czym wszyscy poszli dalej. Został tylko Gugała . Przykucnął przy mnie, zaczynając dziwną rozmowę. Mówił nie o rybach, ale o błogosławieństwie stanu wojennego, o „ekstremie".
     - Dobrze się stało - ględził - że ta „Solidarność" została rozbita. Owszem, idee były słuszne, ale ta ekstrema....
      Miałem ochotę strzelić go w mordę, ale, czując prowokację, z trudem opanowałem swoje nerwy. To wszystko już słyszałem wiele razy podczas mojego internowania. Dosłownie, jakby ktoś puszczał to samo nagranie - i wtedy, w samochodzie, gdy wieźli mnie do Przemyśla, i w Uhercach. Nie odzywałem się ,tylko, zacisnąwszy zęby i udając,  że go nie ma, zakładałem przynętę na haczyk. On, widząc, że rozmowa nie klei się, powstał i na odchodnym  rzucił: - Myślę, że przemyślał pan wszystko dobrze.
    -Spierdalaj - burknąłem tylko i zarzuciłem wędkę licząc, że zawadzę „niechcący" o gościa. Domyśliłem się, że jest to współpracownik SB, że przyszedł specjalnie, aby mnie  przebadać lub sprowokować, że jest to konsekwencja mojego niedawnego przesłuchania. To samo sformułowanie: „Myślę, mam nadzieję, że wszystko pan dobrze przemyślał", powtarzał mi w obozie kilka razy Cyrano.
   Już w tym dniu odechciało mi się łowienia ryb.
31 sierpnia w Kolegiacie jarosławskiej, w rocznicę porozumień sierpniowych, odbyła się Msza święta, z  liturgią słowa i śpiewem w naszym wykonaniu. Wówczas nie wiedzieliśmy jeszcze, że jeden z uczestników będzie miał dwa kryptonimy TW:   „Janek" i „Czernik". Oprócz niego, w świątyni było jeszcze kilku ANIOŁÓW STRÓŻÓW.

Czas strachu, łez i nadziei (cd.)

niedziela, 15 listopada 2009 22:08

Czas strachu, łez i nadziei - Cz II (c.d.) IV - 08 listopada 2009




                       
IV.  

WOLNOŚĆ... ALE  JAKA?


      Niebawem zaczęły się matury. Wiadomo: maj, kasztany zakwitły. W szkole część uczniów wyjechała na praktyki zawodowe, a ja powoli przystosowywałem się  na nowo do rzeczywistości stanu wojennego, będąc na „wolności". Moje życie zaczęło się stabilizować. Musiałem przyrzec żonie, że teraz zajmę się życiem rodzinnym w większym stopniu jak przed internowaniem, że nie będę się narażał na aresztowanie  jakąkolwiek pracą konspiracyjną.
     Przyrzeczenie przyrzeczeniem, a życie jednak stwarzało sytuacje, które zmuszały do zajęcia jasnego stanowiska w obliczu określonych wydarzeń. Chcąc być wiernym swoim ideałom, nie mogłem być obojętny wobec tego, co się wówczas działo. Zdawałem sobie sprawę z tego, że jestem pod obserwacją Służby Bezpieczeństwa, intuicyjnie czułem, że ktoś mnie śledzi. Zatem, zachowanie wszelkich środków ostrożności było jak najbardziej wskazane. Z drugiej jednak strony, świadomość podpisania „lojalki" za cenę wolności wciąż odbijała mi się potężną czkawką moralną. Wiedziałem, że wielu kolegów zostało za drutami, bo tego właśnie nie zrobili. Ale , smak życia rodzinnego, szczęście najbliższych, choroba żony - wszystko to przemawiało za słusznością mojej decyzji.
     Postanowiłem, ograniczając do minimum ryzyko narażenia rodziny na powtórkę przykrych doświadczeń, zostawić sobie pewien zakres swobody działania. Jeszcze nie wiedziałem jakiego, ale ... już postanowiłem.
     Przede wszystkim, w rozmowach telefonicznych zmieniłem język na bardziej konspiracyjny. Unikałem rozmów z nieznajomymi, w obawie przed prowokacją. Nawiasem mówiąc, telefon założono mi jeszcze podczas mojego pobytu w obozie. W ogóle, na założenie telefonu oczekiwało się bardzo długo, nieraz i cały rok, tymczasem -  ku zdziwieniu znajomych i sąsiadów -  w moim domu ekipa telekomunikacyjna pojawiła się wczesną wiosną '82 roku,  co wywołało różne komentarze, m.in. i taki, że to działanie SB, która w ten sposób chce mieć lepszy podsłuch ludzi odwiedzających rodzinę internowanego. W rzeczywistości, to mój przyjaciel, Mietek Kołakowski, pracownik telekomunikacji, po wyjściu z internowania na wolność , zainstalował ze swoją ekipą ten telefon. A że wszystkie telefony miały „trzecie ucho", więc na pewno  rozmowy z mojego aparatu były podsłuchiwane.
    Szczególną ostrożność zachowywałem w przejmowaniu i przekazywaniu „zakazanej literatury" i prasy podziemnej. Tego nie dało się uniknąć, a że też moja małżonka była zagorzałą czytelniczką, więc nawet nie zadawała zbędnych pytań. Wiedziała, że to od przyjaciół... i już. Literatura była i znikała.
    Wraz z o. Bogumiłem, który teraz jeszcze częściej nas odwiedzał, ustaliliśmy, że zaczynamy działalność na niwie parafialnej, bo jest tu bardzo dużo do zrobienia. Tak zrodził się cykl spotkań parafialnych u oo. Dominikanów, pt. „ ABC chrześcijaństwa"- cykl, który dał początek późniejszym ruchom wspólnotowym świeckich przy naszym, dominikańskim klasztorze. Tutaj też włączyła się moja małżonka, więc na tym polu mojego działania, które wówczas było mimo wszystko mocno upolitycznione, mogłem być wobec niej „w porządku", zgodnie z przyrzeczeniem.
      Przez miesiąc od powrotu z obozu miałem częste sny, w których pojawiały się sytuacje obozowe - te przeżyte realnie i będące wytworem wyobraźni. Zrywałem się  wtedy w nocy i do rana już nie mogłem usnąć. Często też zrywałem się na odgłos zatrzymującego się nocą przed blokiem pojazdu. Trwała przecież godzina policyjna, a jeździć o tej porze mogli tylko funkcjonariusze  MO i SB.
      Właściwie te sny minęły, gdy z początkiem czerwca pojechałem w Bieszczady, oddelegowany ze szkoły, na kontrolę praktyk uczniowskich w przedsiębiorstwach drogowych. Coś mnie ciągnęło w tamte strony. Akuratnie grupa uczniów odbywała praktyki w okolicach Uherc Mineralnych, zatem miałem okazję zobaczyć jeszcze raz obóz, o którym wiedziałem,  że jest nadal czynnym miejscem odosobnienia dla internowanych. Chciałem zobaczyć go jeszcze raz , ale z zewnątrz - tak, jak oglądali go nasi najbliżsi  podczas wizyt.
    Po spełnieniu obowiązku kontroli praktykantów, poszedłem pieszo kilka kilometrów  drogą, którą, każdego obozowego dnia, przez prawie 5 miesięcy oglądałem z okien swojej celi. Widziałem w dali kompleks więzienny, swój  pawilon pod wzgórzem. Serce zaczęło mi mocniej bić, obrazy z niedalekiej przeszłości, jeszcze świeże, bo powracające w snach, nasuwały się przed oczy jak kadry jakiegoś filmu, nogi nagle stały się miękkie jak z waty. Jakiś głos wewnętrzny wołał :"Zawróć!-  po co rozdrapywać rany!",  ale też i drugi, mocniejszy kazał iść naprzód, zobaczyć: „ Może ktoś ze znajomych będzie na placu za drutami... ucieszy się, przekaże wiadomość... idź!"
     Wreszcie minąłem kościół, do którego zawsze swe pierwsze kroki kierowali zwolnieni z obozu, a którego mnie nie dane było odwiedzić. Przystanąłem przed zamkniętymi drzwiami świątyni, pomodliłem się i za siebie, i za tych, co TAM jeszcze są. Wyszedłem na drogę, minąłem zakręt i znalazłem się przed bramą Zakładu Karnego. Przez siatkę widziałem spacerujących internowanych. Podszedłem do ogrodzenia w miejsce, z którego pamiętnej niedzieli wielkanocnej Ślązaczki rzucały swoim mężom butelki z alkoholem. Poddałem się chwili wspomnień. Myślami byłem wśród spacerujących. Chciałem zawołać, ale uprzedził mnie wartownik, każąc natychmiast odejść. To nie był żaden ze znajomych klawiszy. Zresztą, nie zamierzałem z nim polemizować, a tym bardziej prosić go o pozwolenie na wspomnienia.  Zawróciłem  w drogę powrotną.
      Tej nocy śniłem już  o czymś innym. Jednak ta „wycieczka" w nie tak odległą przecież przeszłość, była potrzebna dla mojego stanu psychicznego. Jakiś bardzo ważny rozdział księgi mojego życia został ostatecznie zamknięty. Jak decydujący o moich dalszych losach, okazało się później.









Czas strachu, łez i nadziei - Cz II (c.d.)

niedziela, 08 listopada 2009 19:28

Czas strachu, łez i nadziei - Cz II (c.d.) III - 30 października 2009

III.  

„CO PAN PODPISAŁ?"

        Pierwszy dzień w szkole.  Szedłem  do pracy podekscytowany, choć przecież  tylko wracałem do swoich znajomych, przyjaciół. Fakt, że przed swoim internowaniem , jako oddelegowany ze szkoły do pracy związkowej, miałem ograniczony kontakt z gronem nauczycielskim, przychodząc na lekcje do jednej tylko klasy, ale przecież miałem ze wszystkimi - również z pracownikami administracji - wspaniałe, serdeczne relacje. Zresztą, szkoła słynęła z tego, że wszyscy tworzyli jakby jedną rodzinę, że panowała w niej serdeczna atmosfera, której zazdrościli nam nauczyciele innych szkół.
      Więc czego się obawiałem?...  Zbytniej popularności?... Już jej doznałem, przyjmując funkcję szefa Związku....Rozmów? Pytań?.... Ależ,  na tyle różnych pytań w ciągu ostatnich dni odpowiedziałem, z tyloma znajomymi rozmawiałem, że nie powinno to już stanowić dla mnie problemu. Zaniepokoiły mnie słowa dyrektora: „licho nie śpi, a ktoś u nas donosi", które przez całą drogę, jak czerwona lampka ostrzegały, że nie wszystko jest tak, jak było do niedawna, że trzeba uważać. Jak te ostatnie wydarzenia zmieniły  to wspaniałe grono?....
    Na korytarzu szkolnym  sporo młodzieży zupełnie mi nieznanej: pierwszo- i drugoklasiści, którzy  również mieli prawo mnie nie znać, więc grzecznościowego „dzień dobry" nie było co się spodziewać. Patrzyli na mnie - dziwnego, łysawego faceta z brodą - obojętnie, jak na jednego z tych obcych , co często kręcili się po szkole. Dopiero, gdy pojawiłem się z dziennikiem lekcyjnym pod pachą, dostrzegłem w ich oczach błysk  zaciekawienia. A może tak mi się zdawało.
   W pokoju nauczycielskim spotkałem się z serdeczną życzliwością, wręcz z radością, jakiej już wcześniej doznałem w rodzinie. Przyszły panie sekretarki, księgowe, które rzuciły mi się na szyję. Były całusy, łzy wzruszenia i...pytania... o wszystko. Nie da się ukryć, ale byłem dla nich bohaterem. Przecież w tej właśnie placówce zaczęła się „Solidarność" nauczycielska. Marian Janusz jeszcze raz mnie wyściskał.
      - Witaj Tomaszu wśród swoich. - powiedział z uśmiechem.
   Jednak nad tą radosną chwilą roztaczał się cień nieufności, podejrzliwości - owoc stanu wojennego. Kiedy prawie wszyscy już wyszli na lekcję, podszedł do mnie Józek - jeden z ostatnich  kolegów, który wcześniej notował coś w dzienniku. Był powszechnie lubiany  i ceniony nie tylko w gronie nauczycieli zawodowców.  Z powodu utraty w wypadku prawej ręki, nosił sztywną protezę, sprawnie posługując się lewą. Jednakże to kalectwo czyniło go trochę drażliwym i czasem zgryźliwym. Miał jakąś funkcję w szkolnej POP (Podstawowej Organizacji Partyjnej).
     - Witaj, Tomaszu. - rzekł, jak zwykle, jakby miał szczękościsk, podając mi swą zdrową , lewą dłoń. - Cieszę się, że wróciłeś. Tu podejrzewają mnie, że to ja doniosłem do Komitetu na Mariana. Wiesz, ...o tych kwiatkach. Ale wierz mi, że ja nigdy i nigdzie na nikogo nie donosiłem. I na Ciebie też na pewno nie doniosę.
     Tak, mówił mi Marian na pierwszym spotkaniu o tym , ale obydwaj wykluczyliśmy Józka z kręgu podejrzanych. Zresztą, mieliśmy ku temu powody. Dlatego też uścisnąłem go tym bardziej serdecznie i powiedziałem, co z Marianem o tym myślimy. Widać było, że poczuł wielką ulgę, jakby pozbył się jakiegoś ogromnego ciężaru.  Również po tzw. " długiej przerwie", jeden z kolegów szepnął mi na ucho , wskazując wychodzącego nauczyciela: -Niech pan nic przy nim nie mówi, bo to jest na pewno kapuś. Mówię to panu.
    Jeszcze w tym samym dniu, ów  domniemany„kapuś" zwrócił się do mnie , również na ucho, wskazując na wychodzącego do domu, swojego „oskarżyciela":  -Niech pan uważa na niego, bo to tajniak.
      Trochę to było zabawne, ale i smutne zarazem. Jak łatwo zasiać niezgodę, jak prędko atmosfera przyjaźni zostaje zatruta przez podejrzliwość. Jak się okazało później,po ujawnieniu tajnych współpracowników , obydwaj koledzy byli niewinni, a tajnym współpracownikiem był jeden z dobrych, przyjaźnie nastawionych nauczycieli, którego informacje o moim zachowaniu w szkole raczej zaszkodzić mi nie mogły - wręcz przeciwnie, miały oddalić  ode  mnie wszelkie podejrzenia SB.

      Najważniejsze jednak było dla mnie spotkanie z młodzieżą w klasie, od której dostałem do obozu jedną z kartek świątecznych z życzeniami. Była to klasa męska, bardzo zgrana i pełna indywidualności.
     Po moim wejściu do Sali, wszyscy wstali. Gdy już od katedry przywitałem chłopców, dwaj z nich :  Waldek Gmyrek i  Tadeusz Mazurkiewicz (późniejszy, przedwcześnie zmarły  poseł i senator RP kilku kadencji)  podeszli do mojego biurka. Waldek chował jedna ręką za plecami, a ja udawałem, że nie wiem , co w niej trzyma.
 - Panie profesorze - zwrócił się  w bardzo poważnym tonie Tadeusz -  czy wychodząc z obozu, coś pan podpisał?
    Przyznałem,  że miałem do podpisania dwa oświadczenia: jedno o podjęciu współpracy, drugie - tzw. „lojalkę" i że, z takich a takich względów, podpisałem tylko to drugie. Wówczas oni odetchnęli głęboko, uśmiechnęli się  i,  wręczając mi bukiet z 13  pięknych goździków, niemal równocześnie wyrecytowali:- Witamy serdecznie Pana profesora w imieniu wszystkiej młodzieży.
    Takie to były wspaniałe chłopaki. Umówiliśmy się, że prowadzimy NORMALNE lekcje j. polskiego, że nadal będziemy dyskutowali tak jak dawniej, ale nie będzie na tych lekcjach mowy o internowaniu, bo nie chcę ani ich, ani dyrekcji narażać na ewentualne nieprzyjemności. Powtórzyłem: - NA LEKCJACH, W SZKOLE!
   To była inteligentna klasa, więc wszyscy  zrozumieli , o co chodzi. I nic, co powiedziałem, nie wyszło nigdy poza tę grupę chłopców. Dalej już normalnie realizowałem temat lekcyjny.

Czas strachu, łez i nadziei - Cz II (c.d.)

piątek, 30 października 2009 0:57

Czas strachu, łez i nadziei - Cz II (c.d.) II - 21 października 2009

II.  

PRZYJACIELE
   

      Musiałem przestawić się na normalny tryb życia w domowych warunkach. Wszystko: pokoje, kuchnia, łazienka, sprzęty   były te same, ale dotykałem je, jakbym się na nowo uczył, słuchając jednocześnie  potoku słów żony , teściowej i  dzieci, które nie odstępowały mnie na krok - jakby wszyscy naraz chcieli nadrobić stracony czas.
       Kąpiel w normalnej łazience , z możliwością poleżenia sobie w wannie, będąc zanurzonym po uszy w ciepłej wodzie. Och , jaka rozkosz. A potem obiad i ... pierwszy, konieczny sen na normalnym tapczanie -  sen, który jakby zamykał pewien rozdział mojego życia, odgradzał przeszłość obozową , tamten świat od rzeczywistości , w którą właśnie wkroczyłem.
      Obudziłem się o zmierzchu. Kasieńka czuwała przy mnie, bawiąc się lalkami, Bartek odrabiał zadania. Wiedziałem, że wszyscy czekają  na  moje przebudzenie.
Długo rozmawialiśmy po kolacji o tym, co  nas spotkało, co działo się tu, podczas mojej nieobecności i tam, za obozową bramą. Już też sąsiedzi, przyjaciele domu dowiedzieli się  o moim powrocie, już przekazywali pozdrowienia i zapowiadali się na odwiedziny.
      Już nazajutrz wizyty te stały się rzeczywistością . Musiałem szczegółowo opowiadać o swoich przeżyciach obozowych - od momentu aresztowania aż do uwolnienia. Pojawiło się wielu nowych ludzi w kręgu przyjaciół, chcących mnie poznać. To oni - jak się okazało - wspomagali moją rodzinę w tym trudnym dla niej okresie. Miałem więc okazję podziękować wszystkim za ich wielkie serca.
     Przybyli też Marian Janusz i dyrektor szkoły, Zdzisław Baran, który przed stanem wojennym pełnił obowiązki zastępcy Mariana.  Nowy szef natychmiast ustalił  ze mną przydział czynności. Zaraz po pierwszomajowym święcie miałem rozpocząć naukę . Nauczyciele zrezygnowali z godzin nadliczbowych, abym miał pełny etat. Powiedział, że nie wie, jaką decyzję w mojej sprawie podejmie Kuratorium, ale   ma pismo o cofnięciu mojego delegowania do pracy związkowej (również je otrzymałem, będąc jeszcze w obozie), a to oznacza dla niego, że jestem pełnoprawnym nauczycielem. Zresztą, bierze odpowiedzialność za swoją decyzję. Marian również  pracuje od momentu swojego powrotu i nikt w tej sprawie z Kuratorium dotąd nie interweniował. Jedynie dyrektor był wzywany do Komitetu Miejskiego PZPR (sam był bezpartyjny)  aby wyjaśnił, dlaczego młodzież w szkole witała Mariana Janusza  bukietem złożonym z 13 goździków. 
     - Powiedziałem, - uśmiechnął się złośliwie dyrektor -  że była to inicjatywa młodzieży, która w ten sposób chciała przywitać lubianego nauczyciela i swojego dyrektora, że to piękny gest, a kwiatów nie liczyłem, bo to nie leży w kompetencji dyrektora szkoły.  Pana proszę, panie profesorze, aby był pan ostrożny w swoich wypowiedziach i w pokoju nauczycielskim, a zwłaszcza w rozmowach z młodzieżą, nie mówił nic o tym, co pan przeżył. Wie pan, licho nie śpi, a ktoś u nas donosi. Bo skąd wiedzieliby, ile kwiatków dostał pan Janusz?
    Dla mnie to było oczywiste.

Czas strachu, łez i nadziei - Cz II (c.d.)

środa, 21 października 2009 0:14

Czas strachu, łez i nadziei - Cz II - 12 października 2009

CZĘŚĆ II
NA „WOLNOŚCI"

I. „POWRÓT DO ITAKI"

         Raźnym krokiem, choć objuczeni tobołami z odzieżą zimową i obozowymi pamiątkami, maszerowaliśmy ku stacji kolejowej NOWY ŁUPKÓW.  Było nas sześciu: Banicki Edzio -  zwany przez nas „Banitą", Kantor Adam - dawny WIN-owiec, który miał już  za sobą więzienie PRL- owskie,  ale też  udział w wysadzaniu pomnika Lenina(o czym bezpieka nigdy się nie dowiedziała), Andrzej Kucharski, Jan Połoch, Andrzej Wyczawski i ja.
       Było ciepło, słonecznie . Wiosna już na dobre rozgościła się w tej bieszczadzkiej krainie. Co raz oglądaliśmy się za siebie, machając w kierunku obozu, póki nie ucichły śpiewy kolegów . Ostatni raz spojrzeliśmy w  tamtą stronę, ale  już drzewa i krzaki,  niczym naturalna kurtyna, odgrodziły nas od świata, w którym spędziliśmy ostatnie dwa tygodnie obozowego życia. Wtedy właśnie, wraz z dolatującym nas z nieboskłonu świergotem skowronka, dotarło do naszej świadomości, że jesteśmy  naprawdę wolni.
      Dotarliśmy do stacji kolejowej - pustej, z senną kasjerką. Mieliśmy najlepsze połączenie przez Sanok do Rzeszowa. Już  nasze myśli były co raz bliżej domu, już wyobrażaliśmy sobie spotkanie z najbliższymi.
      Podróż do Rzeszowa upłynęła na delektowaniu się widokami  bieszczadzkich pejzaży i na drzemce, w trakcie której mieszały się obrazy naszego obozowego życia z marzeniami o domu - marzeniami, które niebawem miały stać się rzeczywistością.
     Tęsknota za domem tak była silna, że  nie zważając na koszty, postanowiliśmy w Rzeszowie  wynająć taksówki, by  - nie czekając przeszło godzinę na połączenie kolejowe - jak najszybciej znaleźć się wśród najbliższych. Rozpoznawaliśmy na nowo, w wiosennej krasie znajome krajobrazy, a z każdym kilometrem serce biło mocniej. Nasze milczenie przerywały pytania kierowcy, zaintrygowanego niecodziennymi, brodatymi pasażerami,  odzianymi w zimową- nie pasującą do pory roku - odzież i dźwigającymi niekształtne toboły. Kiedy dowiedział się, że wiezie zwolnionych z internowania, dodał gazu -  jakby odczytał nasze pragnienie jak najszybszego spotkania z rodzinami.
     Serce biło mocno, kiedy zbliżałem się do domu. Już widok mojego osiedla jakby dodawał skrzydeł. Odprowadzany spojrzeniami  ciekawych przechodniów,  wszedłem miedzy szare, betonowe blokowisko.
     I już  jestem , przy swoim bloku . Wyłaniając się zza rogu , widzę przed wejściem  do mojej klatki schodowej trzy  małe dziewczynki, grające w  gumę. Poznałem jedną z nich. To moja Kasieńka. Właśnie siedzi na ławce , przyglądając się  skaczącej przez naciągniętą gumę koleżance. Chcę podejść niepostrzeżenie,  ale dziecko, jakby coś wyczuło, bo nagle odwraca się, przyglądając  mi się przez chwilę  badawczo  ,po czym , z okrzykiem „Taaatuś! - biegnie w moją stronę te parę kroków, rzucając mi się na szyję.
      To była niezapomniana, radosna chwila. Już Kasi nie wypuszczałem z ramion, tylko tak ją trzymając,  uwieszoną u mojej szyi i dźwigając jednocześnie  toboły, wydrapałem się na trzecie piętro. Następne , równie radosne spotkanie nastąpiło za drzwiami. Łzy radości, łzy szczęścia żony i teściowej. I moje.  Bartek jeszcze był w szkole, ale niebawem i on znalazł się w moich ramionach - trochę  maskujący swoje prawdziwe uczucia, ale,  gdy spojrzałem w jego zielone oczy, zobaczyłem i łzy, i radość, i ... dumę.

  Z komentarza do wspomnienia z grudnia 2007r.:
Cóż... choć byłam wtedy mała, to też zapamiętałam tę Wigilijną Noc 81 roku. Pamietam, jak z Mamą, Babcią i Bratem klęczeliśmy przed Jezusem Ukrzyżowanym, zanim podzieliliśmy sie opłatkiem i modliliśmy sie za mojego Tatę i wszystkich uwięzionych... Tak... te święta Bożego narodzenia bez Taty, mimo , że miałam wówczas trzy latka, zostawiły ślad w mojej pamięci...
Pamiętam też moment powrotu mojego Taty... Siedziałam sobie z koleżanką pod klatką... Bawiłyśmy się... nagle odwróciłam głowę w kierunku jezdni i... zobaczyłam u smiechającego się do mnie pana z lekkim zarostem na twarzy... Chwilę mu się przyglądałam, próbując rozpoznac twarz... z kimś mi się przecież kojarzyła... Pan nadal się usmiechał, idąc w moim kierunku... serce  mi zabiło... "Tatuś" - krzyknęłam...i wybiegłam na  przeciw...a odległości między nami już nie było...
 Dziękuję że JESTEŚ...
Kasia

Czas strachu, łez i nadziei - Cz II

poniedziałek, 12 października 2009 0:19

"Na zielonej Ukrainie..." - 02 października 2009

       W Jaworowie na Ukrainie czczą polskiego króla.


     To już kolejny raz Towarzystwo Kultury Polskiej Ziemi Lwowskiej, Oddział   Jaworowie, któremu prezesuje pani Zofia Michniewicz, zorganizowało Międzynarodową Konferencję poświęconą królowi Janowi III Sobieskiemu, tym razem - w 380 rocznicę urodzin tego jednego z największych władców Europy.
     Tegoroczna Konferencja, która odbyła się w dniach 24-27 września, zorganizowana została przy współudziale i pomocy: Muzeum Narodowego Ziemi Przemyskiej, Stowarzyszenia Wspólnota Polska, Fundacji Pomoc Polakom na Wschodzie, Konsulatu RP we Lwowie oraz Głównego Zarządu TKPZL i nosiła tytuł: „Śladami Jana III Sobieskiego na Ukrainie i w Polsce".
      Król Jan III Sobieski był starostą jaworowskim, a wcześniej, jako dziecię, był chrzczony w jaworowskim kościele. Tu często przebywał, aby odpocząć i nabrać sił. W Jaworowie też gościł wielkich posłańcu dworów europejskich, w tym wysłannika papieskiego, w związku z odsieczą wiedeńską. Nic więc dziwnego, że mieszkańcy Jaworowa w sposób szczególny pielęgnują pamięć o swoim słynnym rodaku, starając się - jak czytamy w „Programie Konferencji"- „zachować i przekazać młodym ludziom prawdę historyczną, uczulić młodzież na konieczność ratowania od zapomnienia pamiątek narodowych Ukrainy   Polski".
      Szkoda, że o postaci króla Jana III Sobieskiego nie pamięta się w niedalekim przecież od Jaworowa - również noszącym ślady jego bytności, choćby przez wzgląd na osobę Marysieńki - Jarosławiu. Ale mam nadzieję, że i nasi historycy, włodarze, nauczyciele zorganizują przy pomocy młodzieży (tak jak w Jaworowie) jakąś konferencję, która przy okazji promowałaby nasze miasto. Póki co, godnie nas, jarosławian reprezentowali historycy: pan Janusz Kołakowski (podczas pierwszej Konferencji) i obecnie, w jego zastępstwie, pan Paweł Czerkas - obaj jako jedni z głównych referentów.
     25.09,  w godzinach wieczornych odprawiona została w podominikańskim kościele p.w. Sw. Piotra i Pawła Msza św. w intencji Jana III Sobieskiego i uczestników Konferencji oraz  złożone zostały kwiaty pod pamiątkową tablicą poświęconą Królowi Janowi.
    26.09. miała miejsce Konferencja w miejscowym Domu Kultury „Sokół". Po krótkich przemówieniach Wicekonsula RP, Prezesa Zarządu Głównego TKPZL we Lwowie oraz mera Jaworowa, ze wspaniałym referatem, urozmaiconym pokazem multimedialnym, wystąpił pan Paweł Czerkas, przedstawiając Jana III Sobieskiego jako największego dowódcę w dziejach Polski. Ukazał związki Sobieskiego z Kresami i Jaworowem szczególnie, tło polityczne ówczesnej Rzeczypospolitej (m.in. przyczyny konfliktów polsko-kozackich), historię odsieczy wiedeńskiej i jej znaczenie dla ówczesnej Europy, no i związek z Marysieńką. Referat ten spotkał się ze szczególnym uznaniem u wszystkich słuchaczy, szczególnie zaś przedstawicieli Wilanowa, którzy nie szczędzili młodemu historykowi z Jarosławia słów najwyższego podziwu.
   Drugim głównym referentem był dyrektor Muzeum Ziemi Przemyskiej, pan Mariusz   Olbromski, który przedstawił literacki obraz króla Jana III Sobieskiego.
    W przerwie, między referatami a częścią artystyczną, można było podziwiać w holu „Sokoła" piękne rękodzielnicze wytwory związane z kulturą ziemi  jaworowskiej.
     Część artystyczną wypełniły inscenizacje związane z pobytem Jana III Sobieskiego   Jaworowie-pieśni i piosenki - od  „Hej, sokoły", „O mój rozmarynie" ,"Przybyli ułani" -  po „Orlątko" oraz tańce w wykonaniu dzieci i starszej młodzieży  ze szkół w Jaworowie i w Sądowej Wiszni. Wystąpili też dorośli artyści, m.in. chór POWSINIANIE, reprezentujący Wilanowskie Centrum Kultury, pod kierownictwem pana Roberta Woźniaka.
    Z podziwem patrzyliśmy na tańce w wykonaniu dzieci i starszej młodzieży - pełne temperamentu, w ciekawej oprawie choreograficznej i kostiumowej. Radość wynikająca   samego tańczenia, jaką widać było na twarzach młodych artystów, udzielała się również widzom. To naprawdę było piękne, radosne. W tym dniu uczestnicy Konferencji zwiedzili jeszcze Jaworów. 
     Szczególną atrakcję przygotowali organizatorzy w następnym dniu, mianowicie, autokarową wycieczkę Śladami Jana III Sobieskiego na trasie : Jaworów - Żółkiew - Olesko - Podhorce - Złoczów - Zbaraż - Kamieniec Podolski - Chocim- Jazłowiec - Buchacz - Lwów. Szkoda tylko, że przez awarię ukraińskiego autokaru, „opieszałość" zastępczego pojazdu i nienajlepszą dyscyplinę wycieczkowiczów, nie udało się odwiedzić wszystkich zaplanowanych miejsc. Ale i tak miłych wrażeń było bardzo dużo. Jedynym mankamentem był brak polskojęzycznych przewodników po tych historycznych miejscach, a ukraińskie przewodniczki przedstawiały ich dzieje według ukraińskiej historiografii, nie zawsze zgodnej z naszą, co np. w Kamieńcu Podolskim spotkało się z ostra reakcją warszawskich uczestników wycieczki.
     Niezapomnianym momentem z tej wyprawy na Kresy będzie spotkanie niedzielne w kościele rzymskokatolickim w Wstreczy, obsługiwanym przez zakonnika ze zgromadzenia Księży Stacjonistów, który udzielił nam noclegu z soboty na niedzielę. Kościół wypełniony był przez same kobiety (nie licząc kilku ministrantów), Ukrainki w starszym i jeszcze późniejszym wieku. Spoglądały naszą grupę dość nieufnie. Ksiądz, również Ukrainiec, zapowiedział, że w związku z naszą obecnością, Msza święta odprawiana będzie w dwóch językach. Przełamanie pewnych lodów nastąpiło podczas przekazywania „znaku Pokoju". Pan Robert Woźniak  pełnił funkcję organisty, a że sam przystojny, w dodatku śpiewający pięknym, głębokim tenorem, serca babć  do reszty stopniały. Gdy  zatem  zaśpiewaliśmy na zakończenie Eucharystii „Barkę" potem maryjne pieśni i „Polskie kwiaty", „Podajmy sobie ręce", nie było nikogo, kto by nie ocierał łez . Ile błogosławieństw spłynęło na nas od tych steranych życiem, biedą ukraińskich kobiet - nie sposób opisać. A potem zrobiliśmy razem z nimi sesję zdjęciową  na schodach przed świątynią. Długo stały, machając nam  swymi spracowanymi dłońmi na pożegnanie.  Nad nami unosił się duch Jana III Sobieskiego - ostatniego wielkiego władcy Rzeczypospolitej .... wielu narodów.


"Na zielonej Ukrainie..."

piątek, 02 października 2009 0:09

Czas strachu, łez i nadziei (cd.) XXXVIII - 20 września 2009

Ten końcowy odcinek I części wspomnień dedykuję szczególnie dzisiaj Krystynie - Laurze, wraz z zapewnieniem wsparcia.



XXXVIII. 

I SPEŁNIŁY SIĘ MOJE SNY


        Pierwsza niedziela w nowym miejscu, w Łupkowie. Rano przybył proboszcz z miejscowej parafii -  bardzo sympatyczny , chłopaczkowato wyglądający ks. Pokrywka, który odprawił nam Mszę św. Ogromnie przejęty swoja pierwszą duszpasterska posługą wśród  internowanych, pogubił się w homilii i w pewnym momencie zabrakło mu słów do wyrażenia myśli, więc pomogliśmy mu, i  w ten sposób homilia przekształciła się w dialog z nami.
      A potem były wizyty rodzin. Jakże inny był ich przebieg  w porównaniu z tymi w Uhercach - rozmowy w dużej świetlicy, z zachowaniem pełnej swobody, bez rewizji .
       W poniedziałek zaczęto też zwalniać  - jakby na potwierdzenie zapowiedzi komendanta - większe grupy internowanych.
      Mój „opiekun", kpt. Cyrano przybył 29 kwietnia.  Przywitałem go,  jak zwykle , bardzo serdecznie, gdyż  taką od początku przyjąłem taktykę. Moja pozorna serdeczność miała zrobić na nim wrażenie, że ma do czynienia z człowiekiem łagodnym,  a nie z ekstremistą. To była niezbyt szczera gra z mojej strony, ale wiedziałem, że on również nie jest szczery wobec mnie i że jego zadaniem jest wybadać , w jakim stopniu  odosobnienie „pozytywnie"  wpłynęło na moją świadomość  jako „obywatela socjalistycznego państwa".
     Cyrano, jak zwykle, wypytał szczegółowo o zdrowie, samopoczucie. Nie nawiązywał nic do  niedawnych wypadków w Uhercach.
     - Panie Tomaszu - zaczął ciepło - mam dla Pana dobrą wiadomość. Władze obozowe i ja sam, mamy dobrą opinię odnośnie pańskiego sprawowania, która poskutkowała tym, że Komendant Wojewódzki postanowił zwolnić pana z ośrodka odosobnienia. Tak,  już rodzina czeka, żona i dzieci tęsknią, więc postarałem się , aby pana zwolniono - uśmiechnął się zza swoich okularów tym uśmiechem, który czynił jego nalaną twarz, podobną do księżyca w pełni. Wyjął z teczki dwie  zadrukowane kartki i podsunął mi je. - Wystarczy,  że podpisze pan to i to - rzekł patrząc mi w oczy.  Spodziewałem się  tego, miałem więc przygotowaną odpowiedź. Pierwszy dokument to...."Zobowiązanie  do współpracy", drugi zaś  - „Zobowiązanie  do przestrzegania porządku prawnego PRL i nieprowadzenia działalności wymierzonej w ustrój", czyli - tzw. „lojalka".
     - Panie kapitanie - odparłem bez namysłu. - Tego „Zobowiązania do współpracy" nie podpiszę nawet wtedy, jeśli będę musiał  na skutek  odmowy jeszcze dłużej  tu zostać.
        Cyrano nie upierał się, nie nalegał.  Powiedział, że nie ma przymusu, że jest to tylko dobrowolny gest, wynikający z „poczucia obywatelskiego obowiązku". Prosi tylko, abym podpisał ten drugi dokument.
       Miałem jeszcze pewne wahania, bowiem kilku kolegów wcześniej, w Uhercach odmówiło podpisania „lojalki" i pozostało w obozie.  Jednakże , podczas ostatnich odwiedzin w Uhercach, na dwa dni przed naszym buntem i wywózką, Krystyna prosiła mnie, abym - jeśli to „Zobowiązanie"  dadzą - podpisał je, bo w domu wszyscy tęsknią, a  szczególnie dzieci. Również zaprzyjaźnieni księża (o. Bogumił i ks. Marian Rajchel) zalecali podpisanie tego dokumentu, gdyż jestem „bardziej potrzebny rodzinie niż w obozie", a poza tym, ten podpis nie ma specjalnego znaczenia prawnego i moralnego, gdyż złożony jest w sytuacji zniewolenia.
      Po krótkim wahaniu, w obliczu  nadziei na rychłe spotkanie z najbliższymi i powrót do „normalnego świata", ku wyraźnej satysfakcji kpt. Cyrano, podpisałem „lojalkę". Miałem świadomość że jest to zobowiązanie, którego nie musi się przestrzegać.  Ale poczucie niesmaku pozostało.  Z jednej strony -  radość, że oto zbliża się koniec rozłąki, że tyle snów o  domu o rodzinie i przyjaciołach już niebawem zmieni się w rzeczywistość ,  ale też i poczucie wstydu, że oto mój heroizm gdzieś przygasł , że skapitulowałem.
   Wróciłem do celi z mieszanymi uczuciami.  Opowiedziałem wszystko kolegom. Nie okazywali rozczarowania, nie czynili zarzutów. Byliśmy na tyle zżyci ze sobą, ze rozumieliśmy się dobrze. Zebrałem gratulacje i wraz z  kilkoma innymi, którzy również zostali zwolnieni, zaczęliśmy  pakowanie naszych rzeczy. Rano, następnego dnia, mieliśmy opuścić obóz.  Chciałem pożegnać się z Jurkiem, ale miał w tych dniach wolne, więc  nie było mi dane jeszcze raz zobaczyć się z nim. Poprosiłem kolegów, aby przekazali mu moje pozdrowienia.
    Noc ciągnęła mi się  w nieskończoność. Dłuższy czas nie mogłem zasnąć, bowiem w głowie kotłowały mi się różne myśli: ta nieszczęsna „lojalka", spotkanie z rodziną, z uczniami i kolegami w szkole (jeśli będę mógł pracować), z przyjaciółmi. Przesuwały mi się również  przed oczyma wspomnienia - niczym jakiś film - z obozu w Uhercach , od pierwszego dnia  aż po wywózkę do Łupkowa.  Znajdowałem się w półśnie, a do rzeczywistości wróciłem dopiero , gdy usłyszałem śpiew ptaków i promienie wschodzącego słońca rozjaśniły celę.  
     30 kwietnia rano, po śniadaniu zostaliśmy wywołani przez  posłańca z Komendantury. Pożegnaliśmy się z kolegami ze wszystkich cel, biorąc listy do rodzin. W magazynie zdaliśmy rzeczy więzienne (koszulę, pościel, naczynia) i po wydaniu zaświadczeń o zwolnieniu i  pieniędzy z naszego konta, żegnani śpiewem  pozostających w obozie kolegów, wyruszyliśmy za bramę, ku stacji kolejowej: NOWY ŁUPKÓW.
    Uczucie nie dającej się opisać radości mieszało się z innym - z  żalem, że pozostawiliśmy w obozie wspaniałych kolegów i cząstkę naszego życia. Jednakże , z chwilą,  kiedy zamknęła się za nami brama obozu z „kogucikami", kiedy przestaliśmy już słyszeć śpiew kolegów, uświadomiliśmy sobie, że jesteśmy...WOLNI!!!! . I to było jedno z najwspanialszych odczuć , jakiego doznałem w swoim życiu. 

Czas strachu, łez i nadziei (cd.)

niedziela, 20 września 2009 1:40

Czas strachu, łez i nadziei (cd.) XXXVII - 12 września 2009

XXXVII. 
                                         
JUREK !

     Trzeciego dnia pobytu w Łupkowie, wracając ze stołówki po obiedzie, doznałem na widok „wychowawcy" olśnienia. Wydało mi się,  że go dobrze znam.  Tak, to musi być on. Zdaje się być tylko trochę wyższy od czasu naszego rozstania, ale to zapewne mundur i czapka stwarzają takie wrażenie. I twarz nieco poszarzała, przygaszona jakimś brzemieniem; włosy, kiedyś czarne, teraz szpakowate,  ale  to nic dziwnego, przecież starzejemy się wszyscy, a ja też nie wyglądam już tak, jak wtedy. Oczy jednak nie zmieniają się i ten uśmiech, którym odpowiedział na dowcip  jednego z naszych, wracających z obiadu. To  na pewno on. Zwłaszcza, że przez moment przyglądał mi się również.  Podzieliłem się tym swoim spostrzeżeniem z kolegami.
      - Słuchajcie. Wydaje mi się, że ten podporucznik to mój kolega z liceum. Przyjaźniliśmy się, wspólnie robiliśmy szkolny kabaret. Nie dziwcie się , że będę z nim rozmawiał.
        - Oczywiście, rozumiemy. Nie ma sprawy.  Dowiedz się przy okazji , kiedy będzie "kipisz".
     Mając więc wyraźna zgodę kolegów, wyszedłem na korytarz . Odczekałem chwilę, aż skończy rozmowę z jednym z internowanych na temat biblioteki, po czym zagadnąłem:
     - Przepraszam panie poruczniku, czy bywał pan w latach sześćdziesiątych Jarosławiu ?
     - Tak, dosyć długo. - odparł  i uśmiechnął się .
     - Chodził pan do „plastyka"?
     - Taaak. - I to długie, przeciągnięte na niskim tonie „Taaak", było charakterystyczne dla Jurka, naszego szkolnego parodysty, którego, z racji wojskowego nazwiska, zwaliśmy „Żołnierzem".
      -To dawaj pyska, Jurek! -zawołałem , otwierając ramiona.  Uściskaliśmy się serdecznie na oczach kolegów, którzy ciekawi byli tego niecodziennego spotkania, a Jurek zaprosił mnie do dyżurki na kawę.
       Pijąc kawę, rozmawialiśmy ponad godzinę -  z początku chaotycznie,  o tej, nietypowej dla spotkania po latach sytuacji, później już spokojnie o wszystkim, co nas tyczyło. Wspominaliśmy nasze młode lata, wspólne występy w szkolnym kabarecie, nauczycieli, koleżanki, kolegów. Co raz - na wspomnienie kogoś ze znajomych lub zabawnej sytuacji z lat szkolnych - jego zmęczoną życiem twarz rozjaśniał uśmiech, jaki pamiętałem. Widziałem , że to spotkanie po trzynastu latach również jest dla niego ważne, że sprawia mu radość. Mówił, że również mnie rozpoznawał, ale moja ruda broda i przerzedzone włosy przeczyły obrazowi tego „Grubego Toma" (tak na mnie wołali w szkole, choć gruby wówczas wcale nie byłem), jakiego zapamiętał.              
     Opowiedział mi w skrócie swoją historię - jak trafił do pracy w służbie więziennej. W pewnym sensie była to ucieczka przed życiem w normalnym świecie, który okazał się dla niego brutalny. Zaszył się tu, w tej bieszczadzkiej dziurze i chce szczęśliwie dotrwać do emerytury.  Akuratnie jeszcze rok mu zostało.
     - A co  u ciebie? Co cię tu przyniosło? - To pytanie musiało w końcu paść.
      Opowiedziałem o swojej rodzinie, o pracy w szkole, o działalności w „Solidarności", o aresztowaniu i pobycie w Uhercach. W pewnym momencie, mając na uwadze to, że zbyt długo już siedzimy razem przy kawie,  poprosiłem Jurka na odchodnym, aby był łaskaw  uprzedzić nas wcześniej o mającym nastąpić „ kipiszu" . Jurek spojrzał w okno i uśmiechając się, rzekł:
    - Właśnie idą.
 Rzeczywiście,  z oddalonego jakieś sto metrów od nas  budynku administracyjnego, wychodziła grupa klawiszy, zmierzając w naszym kierunku. Szybko pożegnałem przyjaciela i czym prędzej udałem się do celi, by powiadomić kolegów.
     Wieść o nadchodzącym „kipiszu" w mgnieniu oka rozeszła się po wszystkich celach. Natychmiast poznikały świeżo wykonane  w Łupkowie pieczątki obozowe, chusty pamiątkowe, ale... nikt nie wchodził. Jednakże , na korytarzu  był ruch. Słychać też było śmiech kolegów. Czyżby alarm był fałszywy?
     Kiedy wyszedłem na korytarz, ujrzałem spoconego klawisza,  „mordującego" po drugiej stronie wejściowej kraty  zamek. Stojący obok niego inni klawisze, ponaglali go. Jurek, stojąc w drzwiach dyżurki, lekko uśmiechał się, tak jak dawniej, gdy miał zamiar parodiować któregoś z profesorów.
Po naszej stronie zbierało się coraz więcej kolegów, którzy złośliwie doradzali czerwonemu z wysiłku klawiszowi, czym może ten zamek otworzyć.  Wśród nich był zapewne sprawca całego zamieszania. Okazało się,  że na wieść o „kipiszu", ktoś z naszych włożył  do dziury na klucz kawałek patyka. Klawisz, mordujący się z zamkiem, robił dobrą minę do złej gry, tak, jakby otwarcie zamka traktował jako element rywalizacji sportowej. Jurek przez chwilę przyglądał się tej scenie,  po czym zwrócił się  do nas:
      - Który z panów pomógłby otworzyć?
      Za naszą aprobatą  jeden z kolegów (chyba sam sprawca) wydłubał  i wyciągnął patyk. Rozpoczął się „kipisz", ale już raczej jako czysta formalność, bowiem  towarzyszyły mu żarty - tak po naszej, jak i po stronie klawiszy.

     Był to pierwszy z licznych kawałów, jakie internowani w Łupkowie urządzali klawiszom; te następne odbywały się już bez mojego udziału, bowiem 30 kwietnia opuściłem obóz.

Czas strachu, łez i nadziei (cd.)

sobota, 12 września 2009 1:01